Człowiek, który w dzisiejszej Ewangelii przychodzi do Jezusa, jest bardzo szczery. Szuka Boga z usilnością. Nurtuje go pytanie o życie wieczne, czyli o obecność Boga teraz i po śmierci. I zależy mu nie tyle na wiedzy o nim, co na jego osiągnięciu. Możemy na początku się spytać, ilu z nas trapi się w codzienności tego typu problemami. Może sobie powtarzamy: „gdybyśmy mieli tyle pieniędzy co ów człowiek, to moglibyśmy sobie pozwolić na luksus stawiania takich pytań”.

A co mu odpowiada Jezus? Mówi, że aby oglądać Boga wystarczy zachowywać przykazania dotyczące bliźniego. Zaskakujące, że nie wspomina o pierwszych trzech przykazań dotyczących Boga. Czy są one nieważne? Nie mówi też, że trzeba porzucić wszystko i naśladować Go. Życie wieczne mogą osiągnąć wszyscy ludzie, wierzący lub nie, którzy postępują według prawa wypisanego przez Boga w ich sercu. To prawo streszcza się w dwóch zdaniach: „Unikaj zła, czyń dobro. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.

Kto tak postępuje w gruncie rzeczy respektuje Boga i kocha Go, nawet jeśli o tym nie wie. I, zauważmy, taki człowiek nie musi być wcale chrześcijaninem, nie musi należeć do Kościoła. Wystarczy, że zachowuje przykazania. Dlaczego? Ponieważ Bóg – jak mówi św. Paweł – działa „ponad wszystkimi, we wszystkich i przez wszystkich”. Ponieważ Syn Boży utożsamił się z każdym człowiekiem bez wyjątku: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”. Ponieważ w każdym człowieku pali się iskra boskości, której nie da się zagasić. Wszyscy zostaliśmy stworzeni na obraz Chrystusa, który połączył w sobie to, co boskie z tym, co ludzkie i ziemskie. Ale czy to znaczy, że sami możemy osiągnąć życie wieczne? Bynajmniej. Bóg działa w Kościele jak i poza nim, ale wszędzie udziela się ludziom dzięki Chrystusowi. Jeśli ktoś twierdzi, że nie wierzy w Boga, albo Go nie zna, ale kocha człowieka i sluży mu, to de facto, działa w nim sam Bóg. Może on być bardziej gorliwy niż niejeden katolik. Dlatego nie wystarczy formalna przynależność do Kościoła, aby mieć pewność, że kiedyś będziemy oglądać Boga twarzą w twarz. Nie wystarczy samo przyjęcie chrztu. Muszą za tym iść czyny miłości względem człowieka.

Miłość do człowieka jest zawsze miłością do Boga, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi w danym momencie. I na odwrót, każde zło wyrządzone człowiekowi, nawet jeśli nie myślę wówczas o Bogu, jest wymierzone przeciwko Niemu. Kto depcze człowieka, depcze Boga. Jako ludzie mamy jedno serce, to znaczy, jakimi jesteśmy względem bliźnich, takimi jesteśmy względem Boga.

Ale ta odpowiedź nie zadowala bogatego człowieka. Czuje jakiś niedosyt. Pragnie czegoś więcej. Jezus proponuje mu więc drogę całkowitego zaufania Bogu. „Sprzedaj co masz i chodź za mną”. To jest zaproszenie, a nie nakaz. Chrześcijaństwo jest czymś więcej niż zachowywaniem 10 przykazań. Chrześcijanin jest zaproszony do naśladowania Chrystusa, a nie tylko do pójścia za wewnętrznym prawem. Spełnienie tego prawa jest pewnym minimum, gwarantującym nam życie wieczne. Człowiek wierzący tym różni się od człowieka niewierzącego, że zaproszony jest do tego, aby bezgranicznie ufać Bogu, nie szukać zabezpieczeń. I nie dotyczy to tylko zakonników czy księży. Księża też przywiązują się do dóbr ziemskich. Nie chroni ich przed tym sutanna ani święcenia.

W Biblii „ufać” znaczy „mieć w czymś oparcie” „szukać schronienia, w którym można czuć się bezpiecznie”, „spodziewać się od kogoś dobra na przekór wszystkiemu” Zaufanie potwierdza się w beznadziejnej sytuacji, w której według ludzkich rachub nic się już nie da wskórać. Václav Havel napisał kiedyś, że „ufność nie jest przekonaniem, że coś się dobrze zakończy, lecz pewnością, że coś ma sens, bez względu na to, jaki będzie tego ostateczny rezultat”. Innymi słowy człowiek ufający Bogu ma żywą świadomość, że Bóg jest obecny w jego życiu, nawet jeśli wydaje się odległy.

Nie każdy jest zdolny do takiego zaufania. To też jest dar. Nie znaczy ono jednak, że chrześcijanin nie powinien zarabiać, nie powinien korzystać z różnych dobrodziejstw, nie cieszyć się życiem. Jezus razem z Apostołami też dysponowal pieniędzmi, przygotowywał ucztę paschalną, podróżował. Bogaci też mogą osiągnąć życie wieczne, ale z większą trudnością. Bo pokładają „ufność w dostatkach”, czyli myślą, że w chwili próby dostatek zapewni im pomoc i schronienie. Tutaj nie chodzi tylko o bogactwo, ale o przywiązanie, o zależność względem czegoś lub kogoś.

Jeśli Bóg jest Stwórcą i Panem całego wszechświata, to wiadomo, że jest większy niż jakiekolwiek dobro na tym świecie. Podobnie wyczuwamy, że czymś większym jest zaufać drugiemu człowiekowi niż np. pieniądzom, własnym możliwościom, firmie, ubezpieczeniu itd. O to chodzi Jezusowi. Chrześcijanin to ten, kto jest wolny, kto nad posiadanie czegokolwiek stawia relację z człowiekiem i Bogiem. Jezusowi chodzi o to, żebyśmy nie mylili hierarchii dóbr w naszym życiu. Dla przykładu, zdarzają się takie małżeństwa, które najpierw przez długie lata urządzają mieszkanie, gromadzą pieniądze na koncie, kupują samochód, ale myśl o poczęciu dziecka przesuwają ciągle na nieokreśloną przyszłość, bo dziecko musi mieć wszystko przygotowane itd. Jednak kiedy człowiek za bardzo szuka zabezpieczenia, nowe życie wydaje mu się zbyt dużym ryzykiem i ofiarą. Człowiek stawiany jest więc dopiero na drugim miejscu.

Przeżywamy dzisiaj kolejny Dzień Papieski pod hasłem „Jan Paweł II – sługa miłosierdzia”. Dlaczego na pogrzeb Jana Pawła II przybyły takie tłumy z całego świata? Między innymi dlatego, że on niezmordowanie głosił, że Bóg jest obecny w każdym człowieku bez względu na kolor skóry, na religię, narodowość, pochodzenie. Papież był urzeczony wielkością człowieczeństwa. Nawiązywał relację z ludźmi, dotykał ich, przyjmował takimi, jakimi są.

Jan Paweł II pisze w jednej ze swoich encyklik, że „miłosierdzie Boże wydobywa dobro spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i człowieku”. Przejawem miłosierdzia jest to, że Bóg działa w sercach ludzi wierzących i ludzi dobrej woli, że człowiek jest Jego obrazem. Nietzsche mawiał, że miłosierdzie jest „witaminą dla słabych” i „zachowawcą tego, co nędzne”. To jakaś pomyłka. Miłosierdzie nie pognębia człowieka, nie chce go utrzymać w nędzy, w bezradności. Nie jest tylko pewnym „uczuciem” litości wywołanym widokiem opłakanej sytuacji człowieka. Miłosierdzie uwzniośla człowieka, wzmacnia go, pomaga mu powstać, stanąć na własnych nogach. Miłosierdzie ciągle zwraca nam uwagę na to, że człowiek to nie grzech, to nie tylko słabość i niemoc, ale to godność, wielkość, wybranie. I dotyczy to wszystkich ludzi. Podobnie żadna spowiedź i wyznanie grzechów nie poniża nas, ale uwalnia. Poniża nas zło, które chce nam udowodnić, że nie jesteśmy nic warci, że nie zasługujemy na szacunek. Ostateczny fundament Bożego miłosierdzia zasadza się na tym, że w oczach Stwórcy żaden człowiek nigdy nie traci swojej wielkiej godności i wybrania, chociaż sam może się jej sprzeniewierzyć. Bóg ciągle wierzy w człowieka i ufa mu.

Na początku tej mszy w akcie pokuty stanęliśmy przed Bogiem i całym Kościołem z naszymi grzechami i słabościami. Pan nam przebacza, a za chwilę stanie się pokarmem dla tych samych grzeszników. Chrystus widzi w nas piękno, spogląda na nas z miłością, jak na człowieka w dzisiejszej Ewangelii. I żaden grzech, ani zło nie przesłoni Mu tego spojrzenia, bo Bóg jest nieodwołalnie z nami i nic nie może nas od Niego odłączyć.