(J 6, 1-15) Wielokrotnie ludzie słuchający Jezusa byli znużeni i głodni, ale On tylko dwa razy ich nakarmił. Nie robił tego codziennie. Czasami nawet zostawiał ludzi, którzy z pewnością nie mieli co jeść i udawał się gdzie indziej.

Dlaczego tylko dwa razy? Ponieważ w rozmnożeniu chleba nie chodzi jedynie o zaspokojenie głodu fizycznego. Jezus przyszedł odsłonić nam inną rzeczywistość, której nie dotykamy rękami i nie widzimy oczami. Dlatego czyni znaki, a nie cuda, które jedynie oczarowują. Znak wskazuje na coś więcej niż jedzenie, picie czy zdrowie. Jezus czyni znaki, aby zbadać jakość wiary słuchaczy i uczniów, a także chce pokazać, kim On rzeczywiście jest.

To nie przypadek, że najpierw zwraca się do Filipa. W Ewangelii św. Jana Filip przyprowadza innych do Mistrza i do wiary: Natanaela, jednego z apostołów czy Greków, którzy chcieli zobaczyć Nauczyciela. Podobnie Andrzej przyprowadza Piotra do Mesjasza. Dlatego Jezus wystawia wiarę ich obu na próbę.

Wystawić na próbę oznacza postawić nas w takiej sytuacji, w której ujawnia się, co rzeczywiście kryje się w nas samych. Próba to taki moment w życiu, w którym doświadczamy czegoś, co przerasta nasze możliwości, kiedy dotykamy naszych ludzkich granic i bezradności. Bóg wystawia nas na próbę nie dla zabawy, lecz abyśmy lepiej poznali siebie, abyśmy zobaczyli ku czemu lgniemy, jeśli coś nie idzie po naszej myśli, bądź w ogóle w kim pokładamy ufność.

Moc przyjaźni czy miłości małżeńskiej sprawdza się dopiero wtedy, gdy nie niesie nas fala wzniosłych uczuć, gdy nieco przygaśnie pierwotny zapał. Miłość trwa i pogłębia się, jeśli kocha się nie ze względu na coś, ale ze względu na samą osobę. Podobnie w relacji do Boga: rzeczywista moc naszej wiary i ufności względem Boga ujawnia się wówczas, gdy postawieni jesteśmy przed wyzwaniem. Czy jesteśmy w stanie stać przy Bogu, kiedy życie nam się komplikuje?

Filip zapytany przez Jezusa, co zrobić, żeby nakarmić tłum, trzeźwo ocenia sytuację. Pieniędzy w trzosie za mało, ludzi dużo. Co począć? I rozkłada ręce. Andrzej, wprawdzie zauważa jakieś możliwości: są dwie ryby i pięć chlebów, ale po chwili, tak samo rozkłada ręce. Przecież nie ma cudów!

I tak zachowują się ci, którzy są blisko Jezusa. Jeszcze niedawno ten sam Jezus przemienił wodę w wino, uzdrowił syna dworzanina królewskiego i chromego w krużganku świątyni. O wszystkim zapomnieli.

Popatrzmy na siebie. Jak reaguję jako rolnik, któremu susza zniszczyła owoc ciężkiej pracy? Jak zachowuję się, jeśli nagle tracę pracę i nie wiem co z sobą począć? Jak reaguję, jeśli nie dostanę się na upragnione studia? Czy w ogóle biorę Boga pod uwagę? Czy pamiętam o tym, co dotąd od Niego otrzymałem? Czy pamiętam, ile razy wyciągał do mnie rękę, także przez bliskich czy przypadkowych ludzi? Jedni nagle sobie przypominają, że Bóg istnieje, a inni, przeciwnie, zupełnie o Nim zapominają, jakby Go na świecie nie było.

A tłum? Wprawdzie uznaje Jezusa za proroka, ale takiego, który miałby odpowiadać ziemskim potrzebom i wyobrażeniom. Ludzie chcą obwołać Go królem, bo czyż to nie wspaniały władca, przy którym można siedzieć cały dzień, nic nie robić i jeszcze dostać coś do jedzenia? Jezus nie chce być takim królem, bo nie jest złotą rybką, która na poczekaniu spełni wszelkie nasze życzenia i zachcianki. Jezusowi nie chodzi tylko o naszą pracę, chleb, mieszkanie, ale o to, dzięki czemu w ogóle możemy żyć, co nadaje sens całemu naszemu życiu. Chce, abyśmy zawsze o Nim pamiętali po to, byśmy stawali także na własnych nogach. On jest takim przyjacielem, który nie uzależnia nas od siebie. Nie chce nas omamić, zwieść czy oczarować. Chce naszej wolnej decyzji, bo dopiero wówczas nasza miłość do Niego staje się coraz doskonalsza.

Św. Faustyna pisała, że ” Boże miłosierdzie czerpie się naczyniem ufności”. Ufność względem Boga nie oznacza postawy: To teraz Panie Boże zrób wszystko za mnie. Ufność polega na tym, abyśmy w każdej sytuacji robili, co w naszej mocy, ale też wiedzieli, że nie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Ufny człowiek wie, że cokolwiek by się z Nim nie działo, Bóg czuwa nad nim, Bóg jest obok niego. Dlatego On nie wyręcza nas z tego, co sami możemy zrobić, bo wcześniej nas do tego uzdolnił: dał nam ziemię, pracę, ręce, głowę na karku, drugich ludzi obok nas. Dlatego chleb i ryby nie spadają z nieba, lecz są pomnożone. Musimy stawać przed Bogiem, z tym co mamy i kim jesteśmy, a nie mówić, a cóż to jest?

Bóg zaspokaja nasz głód duchowy. Daje nam to, co człowiek może nam dać tylko częściowo: siłę i moc do stawiania czoła przeciwnościom, ufność, poczucie bycia ukochanym. Jeśli w Chrystusie będziemy zaspokajać nasz głód i pragnienia, poradzimy sobie w każdej sytuacji. Chrystus, którego przyjmujemy w Eucharystii wydobywa i udoskonala złożone w nas dobro, tak jak pomnożył chleby i ryby chłopca, a za chwilę przemieni chleb i wino w swoje Ciało i Krew. Jednak nasza przemiana nie dzieje się to automatycznie. Ważna jest postawa, z jaką przychodzimy do Chrystusa. Będziemy przemieniani, jeśli Chrystusa potraktujemy jako osobę, a nie punkt usługowy czy cudotwórcę, który ma być gotowy na każde nasze wezwanie. Bóg nie chce, abyśmy przychodzili do Niego jedynie wówczas, gdy czegoś na gwałt potrzebujemy. Bóg jako prawdziwy przyjaciel spełni niejedną prośbę, ale także chce, abyśmy cieszyli się Nim samym, a nie tylko tym, co może nam uczynić. Chce, abyśmy Mu ufali.

Chrystus karmi nas do sytości: daje tyle, ile kto chce. Boża uczta jest zawsze z nadmiarem. Zawsze pozostaje wiele ułomków. Nie obawiajmy się hojności Chrystusa. Nie bójmy się naszych najgłębszych pragnień. Nie obawiajmy się przychodzić do Niego z naszymi okruszynami dobra. On je pomnoży i uczyni nas prawdziwie wolnymi ludźmi.