Nie wystarczy jakoś wierzyć w Boga. Nie wystarczy być przekonanym, że Bóg istnieje. To zdecydowanie za mało. Ważne jest także, w jakiego Boga wierzymy.

Usłyszeliśmy przed chwilą historię rozstania niektórych uczniów Jezusem, którzy za Nim chodzili i słuchali Go. Do tej pory wszystko było w porządku. Ewangelista pisze wcześniej, że uczniowie uwierzyli w Chrystusa po cudzie w Kanie Galilejskiej. Nie szemrali, kiedy Jezus mówił, że przyszedł od Ojca. Nie wątpili w niego nawet wtedy, kiedy nazywał siebie chlebem, który zstąpił z nieba. Aż tu nagle, jak zaznacza Ewangelista, mowa Jezusa staje się dla nich nie do zniesienia. Gorszą się i odchodzą.

Zapytajmy więc, co ich zgorszyło? Jaka prawda napotkała w ich sercach na opór? Uczniowie oburzyli się tym, że Jezus chce dać się doświadczyć ludziom w sposób zmysłowy i dotykalny. Chce stać się pokarmem, chce przenikać nasze ciało i duszę, i tak odnawiać naszą ziemską rzeczywistość oraz dać nam udział w życiu wiecznym. Być może uczniowie zrozumieli Jezusa zbyt dosłownie – jakoby mieli Go spożywać tak jak kanibale. Ale to wydaje się mało prawdopodobne.

Jednak tutaj nie tyle chodzi o pokarm, ale o to, co Jezus chce przez niego wyrazić. Uczniowie przerazili się, że spotkali Boga, który chce być obecny nie gdzieś w zaświatach, nie z daleka od naszych problemów, od naszego życia codziennego, nawet nie obok nas, ale chce mieszkać w nas i w samym centrum naszej ziemskiej rzeczywistości.

Uczniowie wierzyli w Chrystusa, ale wybiórczo. Chrystus duchowy, owszem. Ale cielesny? W samym środku naszych spraw? On doskonały i wszechmocny miałby się aż tak nami interesować? Przecież coś takiego nie przystoi Bogu! Przecież to do Boga niepodobne, aby zniżał się do nas!

Swoją drogą taka jednostronna wizja Boga jest bardzo wygodna. W ten sposób między Bogiem a nami wykopujemy przepaść, bo przecież my jesteśmy cieleśni. Bóg odległy i niedostępny jest też bezpieczny. W takiego Boga to my sobie możemy wierzyć. Jeśli mieszka On gdzieś tam w niebie, to co my możemy mieć z nim wspólnego?

Czy jako ludzie wierzący nie sądzimy czasem, że doświadczenie Boga jest odcięte od naszej cielesności i codzienności? Czy to możliwe, aby Bóg był obecny w naszej pracy, w cierpieniu, we współżyciu seksualnym, w jedzeniu, w polityce, w biznesie? Tak. On tam jest, tylko my Go nie widzimy, tak jak był ciągle przy Izraelitach, wierny i bliski, w doli i niedoli. Odkrywamy Go wówczas, kiedy zaczynamy w życiu widzieć Jego dary, gdy uznajemy, że bycie chrześcijaninem realizuje się tu i teraz, w ciele, w materii, w relacjach z innymi, w instytucjach społecznych.

Znajdziemy Boga, gdy w biznesie pracodawca potraktuje pracownika nie jako źródło zysku, lecz po prostu jako człowieka, gdy seks nie będzie wyłącznie zabawką dla przyjemności, ale wzajemnym darem kochających się małżonków, gdy sumiennie będziemy robić to, co do nas należy, gdy jako obywatele nie będziemy szukać jedynie własnych pożytków i zabezpieczeń itd. Bóg stanie się nagle widzialny w naszej rzeczywistości, gdy razem z Nim i dzięki Jego pomocy wypowiemy wojnę wszelkiemu złu. To właśnie czynione przez nas zło zaślepia nas i wmawia nam, że Bóg, chociaż istnieje, w gruncie rzeczy nie działa w tym świecie, a jeśli już to tylko w wybranych sferach. W ten sposób ograniczamy wszechmoc Boga i tworzymy sobie bożka.

W każdej Eucharystii podczas przygotowania darów kapłan lub diakon miesza wino z wodą i po cichu wypowiada następujące słowa: “Przez to misterium wody i wina, daj nam Boże udział w bóstwie Twojego Syna, który raczył stać się uczestnikiem naszego człowieczeństwa”. Przyjmując Ciało i Krew Chrystusa, tak ściśle jednoczymy się z Bogiem, że mamy udział w Jego bóstwie. Bóg-Człowiek staje się częścią nas, ludzi z krwi i kości, bo liczy się cały człowiek: ciało i duch. W Ciele Chrystusa bije źródło naszej chrześcijańskiej aktywności w świecie, źródło naszego zwycięstwa nad złem.

Eucharystia jest także zwierciadłem i obrazem całej rzeczywistości. Tutaj ziemia nieodwołalnie łączy się z niebem. A to znaczy również, że Bóg nie jest obecny tylko w Eucharystii, tylko w tabernakulum, tylko w murach kościoła. To my chcielibyśmy Go zamknąć w budynku, a najlepiej w samym tabernakulum na kilka spustów, żeby sobie tu spokojnie mieszkał, a my odwiedzimy Go, jak przyjdzie nam na to ochota.

Jezus mówi nam, że życie wieczne zaczyna się już teraz, nie kiedyś po śmierci, bo nosimy je w sobie i idziemy z nim w naszą codzienność. Tym życiem wiecznym jest sam Bóg, z którym wychodzimy do naszych domów, aby także tam móc Go odnaleźć. Dopóki Bóg będzie dla nas obecny tylko w Eucharystii i w murach kościoła, dopóki nie zauważymy Go w codzienności, życie wieczne będzie dla nas tylko mglistą obietnicą.

Podobni do uczniów z dzisiejszej Ewangelii możemy być ludźmi wierzącymi. Nie mamy nic przeciwko Bogu, dopóki Bóg stoi z boku i nie chce się do nas zbliżyć. Wszystko gra, dopóki mówi do nas piękne zdania o miłości i przyszłym niebie. Gorzej, kiedy to niebo chce uczynić z naszego życia, czyli przemienić nasze ciało i ducha, przez swoje słowo, przez nasze chrześcijańskie zaangażowanie w świecie, przez bycie naszym pokarm, który jak chleb codzienny podtrzymuje nasze życie.