Rekolekcje na rozruszanie ducha 8-10 października 2006

Wtorek 10.10.2006

Ps 112
J 12, 20 – 26

Ciekawe, czego pobożni Grecy mogli oczekiwać od Jezusa? Z pewnością zaciekawiła ich postać nowego nauczyciela, wokół którego zbierały się rzesze, aby Go słuchać. Przypominało im to zapewne mędrców, przemawiających na rynkach greckich miast, tudzież uczących w ówczesnych akademiach. Może spodziewali się wyjaśnienia zagadki świata, pouczenia o pierwszych przyczynach czy wskazówek moralnych?

Reakcja Jezusa jest jak zwykle intrygująca. Nie mówi do Apostołów: „Dobrze, zawołajcie ich, niech przyjdą, to porozmawiamy”. Wydaje się nie być zainteresowany tym spotkaniem. Jezus uświadamia Grekom, że jeśli chodzi im o filozoficzne pogwarki, to przy całej dobrej woli, trafili na niewłaściwego człowieka. A może po prostu uważa, że zanim przyjdą do Niego, niech lepiej rozważą sobie Jego słowa. Chrystus używa obrazu ziarna wsianego w ziemię, które dzięki procesowi obumierania wydaje plon obfity, nawiązując w ten sposób do przykładu swojego życia i śmierci na krzyżu. Mówi więc o mądrości ofiary, której nie da się wyjaśnić człowiekowi na poczekaniu.

Żyjemy w epoce liczenia. Liczymy dni. Liczymy się z każdym groszem. Liczymy na dobrą pracę. Liczymy, że zaliczymy kolejny semestr. Liczymy, czy się zgadza. A jak nie, to jeszcze raz liczymy. Liczymy zyski i straty. Martwimy się, bo nie liczą się z nami. Liczymy, ile zarobimy. Liczymy, czy się aby w czymś nie przeliczymy. Wiele więc wydaje się kręcić w naszym życiu wokół liczb. Powiedz mi, ile zarabiasz, ile masz, ile otrzymujesz, ile wydajesz, ile możesz, a ja Ci powiem, kim jesteś.

Także pytanie „co mi to da?” wpisuje się w tę logikę, a ściślej rzecz biorąc w indywidualizm, który nam dzisiaj bardzo zagraża. Już Sobór Watykański II zwrócił uwagę, że taki sposób na życie polega na dążeniu do osobistego szczęścia z pominięciem istotnej roli, jaką mają do odegrania na tej drodze inni ludzie. Indywidualizm próbuje obejść się bez pomocy drugich i nie widzi związku między własnym rozwojem a służbą dla drugich. I dalej mówi Sobór, żeby temu zaradzić nie wystarczy tylko formowanie intelektu, lecz głównie cnoty wielkoduszności. To spostrzeżenie nie straciło nic ze swej aktualności.

Człowiekiem wielkodusznym jest ten, kto według św. Pawła sieje hojnie. Św. Tomasz z Akwinu pisze, że człowiek wielkoduszny dąży tylko do rzeczy wielkich, których jest mało, nie rozprasza swojej uwagi na detale, bo każde wielkie dobro wymaga dużego skupienia uwagi. Widzi się godnym czegoś wielkiego z uwagi na dary, jakie otrzymał od Boga. Dąży do czegoś ponad przeciętnego, a polega to głównie na czynieniu dobrze i życiu w łączności z innymi. Ale człowiek taki nie pragnie osiągnąć tego, co przerasta jego siły i możliwości.

Cechą wielkoduszności jest ufność. Wielkoduszny nie odwraca się od innych, ponieważ w przeciwieństwie do zarozumiałego wie, że całkowita samodzielność przekracza siły ludzkie. Człowiek potrzebuje pomocy boskiej i ludzkiej. Do wielkoduszności nie da się też przymusić. Ona musi wypływać z przekonania. „Niech nikt nie czuje się przymuszonym, niech postąpi według zamiarów swojego serca”.

Popatrzmy jeszcze na przeciwieństwa wielkoduszności, żeby ją lepiej zrozumieć. Pierwszą z nich jest zarozumiałość. Polega ona na przekraczaniu właściwej proporcji między tym, czego chcę, a posiadanymi siłami i możliwościami. Zarozumiały usiłuje dokonać więcej niż może. Taki człowiek mierzy siły na zamiary. Jakie są tego przyczyny? Ktoś przecenia swoje siły i sądzi, że ma większą cnotę, wiedzę lub coś innego, niż są w rzeczywistości. Albo uważa się za wielkiego na podstawie tego, co mu tej wielkości nie daje jak, np. bogactwo czy powodzenie.

Dla wielkodusznego podstawą jego wielkości są dary Boży w nim złożone, a nie to, jak postrzegają go inni lub jaki jest stan jego konta bądź suma osiągnięć i sukcesów. Z kolei zarozumiałość karmi się porównywaniem z innymi. Zarozumiały próbuje kopiować innych, zwłaszcza bardziej od siebie obdarowanych.

Drugą wadą jest małoduszność. Małodusznym można określić człowieka, który sieje skąpo. Nie czyni tego, co może, czyli nie wykorzystuje i nie pomnaża darów, talentów i zdolności, które w nim są. Nie jest zainteresowany rozwojem i zadowala się minimalizmem. Przyczyny też mogą być różne: niewiedza co do posiadanych możliwości, lęk przed niepowodzeniem, płynący z pomniejszającej oceny własnych sił. Małoduszność jest większym grzechem niż zarozumiałość, bo człowiek zaniedbuje dobro.

Trzecia wada zbieżna z małodusznością to małostkowość. Człowiek małostkowy najpierw liczy i oblicza, jak najmniej dać z siebie, a następnie podejmuje się jakiegoś małego dzieła, jeśli go to mało kosztuje. Wielkoduszny czyni odwrotnie: najpierw ma na uwadze wielkość dzieła, a następnie dostosowuje do niego siły i środki, które zamierza mu poświęcić.

Nam chrześcijanom w uczeniu się wielkoduszności często przeszkadza wykrzywione pojęcie ofiary albo tzw. chrześcijańskie cierpiętnictwo. Wokół ofiary narosło wiele nieporozumień. Potocznie słowo to kojarzy nam się bardzo negatywnie: z traceniem, niechętnym rezygnowaniem z czegoś, co lubimy; z oddawaniem czegoś, co jest nam drogie. Zazwyczaj widzimy tylko jedną stronę medalu: obumierające ziarno.

Istnieje też pewien typ wypaczonej mentalności chrześcijańskiej, która naśladowanie Jezusa utożsamia z przyjęciem losu ofiary: „Trzeba cierpieć dla Chrystusa”, choć w sumie nie wiadomo, po co, tak jakby cierpienie stanowiło centrum chrześcijaństwa. Być „ofiarą” to także zrezygnować z wszelkiej walki o polepszenie życia, o zmianę, być wyłącznie i zawsze do dyspozycji innych, pozwalać sobą pomiatać.

Niemiecki egzegeta Klaus Berger nieco sarkastycznie pisze w tym kontekście o powołaniu kobiet: „Kobiety bardzo często były predestynowane do roli ofiary. „Narodowi” oddawały w ofierze męża i dzieci, mężowi i rodzinie swą karierę zawodową, a „gospodarstwu domowemu” możliwość kontaktów towarzyskich. Krótko mówiąc, w życiu kobiety istniało ( i istnieje) tysiąc możliwości poniesienia ofiary”.

Jedno jest pewne. Nie o taki rodzaj „ofiarowania siebie” chodzi Jezusowi w dzisiejszej Ewangelii, a także Apostołom – Jego świadkom. którzy nauczają w Nowym Testamencie. To nie jest tak, że Bóg Biblii żąda ludzkiego bólu i krwi, aby być zaspokojonym i obłaskawionym. Te wyobrażenia to nic innego jak nieoczyszczone pozostałości religii naturalnych.

Ofiara jako dar, za który nie otrzymuje się nic w zamian, kompletnie mija się z biblijnym pojęciem ofiary. Jezus wyraźnie mówi: „Jeśli ziarno obumrze, przynosi plon”. Jeśli ktoś oddaje życie dla innych, odzyskuje je stokrotnie. Jeśli ktoś opuszcza pole, dom, rodzinę, stokroć tyle otrzyma. W Piśmie św. „ofiarą jest każdy widzialny akt uznania Boga”. Ofiarą są między innymi: dary zebrane przez gminę św. Pawła (Flp 4, 18); służba, jakiej chrześcijanie dokonują w swoim ciele (Rz 6, 12, 16, 19; 12, 1-2); śpiewanie pieśni przez wspólnotę (Hbr 13, 15), a według św. Piotra całe życie chrześcijan jest „składaniem duchowych ofiar” ( 1 P, 2,5).

Każde dobro, które wyświadczamy innym będzie nam zwrócone, czy teraz czy w przyszłości. Taka wymiana dobra dokonuje się ciągle w samym Bogu. Ojciec oddaje się Synowi, Syn Ojcu, a ta miłość uosobiona jest w Duchu Świętym. Jesteśmy stworzeni na obraz Boga jako Trójcy, a nie jakiejś monady. Bóg nie zagrabia człowiekowi dóbr, lecz je uświęca i pomnaża. Oddajemy Mu to, co już uprzednio otrzymaliśmy: czas (modlitwa, msza św.), przestrzeń (Kościół, dom), pożywienie (chleb i wino), siłę własnego głosu (śpiew), pracę (dzielenie się jakimś dobrem z innymi), służbę dla wspólnoty i dla społeczeństwa, seksualność (oddanie się mężowi lub żonie albo bezżenność dla Królestwa Bożego), aby dzięki temu On przemieniał stopniowo wszystkie sfery naszego życia.

Bóg miłuje radosnego dawcę. Oznaką chrześcijańskiej ofiary jest radość, a nie smutek. Prośmy więc Chrystusa, który cały oddaje się nam wielkodusznie w Eucharystii, aby dał nam pełniej zakosztować radości służby względem innych i głębi chrześcijańskiej ofiary.