Cierpliwość każe nam liczyć się z własnymi słabościami, z ograniczeniami innych, z czasem dojrzewania, zaszczepia nam pewną nieufność względem własnych rozwiązań, chroni przed radykalnymi krokami, przed pośpiechem i popędliwością.

Ciekawe, że pierwszym imieniem miłości jest cierpliwość. Już sama nazwa wiąże tę postawę z cierpieniem, a może raczej przecierpieniem. Chodzi o postawę znoszenia nie tyle niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, co raczej wyrozumiałość i znoszenie inności, trudności charakteru, zapatrywań drugiego człowieka. Wydaje się, że wiele ludzkich dramatów, rozwodów, wystąpień z zakonu czy z kapłaństwa bierze się z braku cierpliwości. 

Wiemy dobrze, że w małżeństwie prędzej czy później dochodzi do uwidocznienia się różnic, nawet po bardzo dobrym narzeczeństwie. Na ogół dotyczą one modelu małżeństwa i rodziny, osoby współmałżonka, czy życia seksualnego. Oczekiwania były inne. Rzeczywistość jest, jaka jest. Często pierwsza myśl, jaka się rodzi w trudnościach jest taka: „To nie jest ta osoba, z którą chciałbym żyć”. Poszukam innej. Znajduje następną i okazuje się, że jest podobnie. Tyle że nieco inne ograniczenia.

W powołaniu zakonnym też rodzą się podobne pokusy, tyle, że tutaj nie wybiera się ludzi, z którymi się żyje we wspólnocie. Wiele razy zdarza mi się, że ktoś mnie nudzi, denerwuje, ma inne poglądy niż ja. Drażni mnie to lub tamto w przełożonych. Też pojawia się myśl: „Co się będziesz męczył, wystąp z zakonu”. Albo zmień wspólnotę, nie odzywaj się do tego lub tamtego. Ale czy poza zakonem czy w innej wspólnocie będą inni ludzie? Zawsze znajdzie się ktoś, kto mi się nie spodoba albo kto mnie nie lubi. I jaki mam wybór? Albo poddać się rozczarowaniu, szukać raju, tam gdzie go nie ma. Albo przyjąć, że w takim a nie innym zakonie mam wypełnić swoje powołanie. Problem tkwi nie tylko w innych, ale w moim podejściu. 

Jako ludzie żyjemy ciągle w pewnym rozdwojeniu i napięciu. Z jednej strony pielęgnujemy w sobie wizję idealnego świata, mężczyzny, kobiety, rodziny, zakonu, Kościoła, stworzoną przez nasze umysły, która opiera się na naszych szczytnych i godnych uznania wyobrażeniach. Bez nich nie mielibyśmy w ogóle chęci do życia. Jest to świat, który kształtują pragnienia jedności, harmonii, pokoju i prostoty.

Z drugiej strony każdego dnia konfrontujemy się ze światem realnym, który, czy tego chcemy czy nie, tworzony jest nie tylko przez ideały, lecz również przez ludzką wolność, w konkretnym czasie i przestrzeni. Ideały wcielane są przez ludzi, którzy mają swoje ograniczenia. W sytuacjach, kiedy nasze wyobrażenie o sobie, o przyszłym czy obecnym współmałżonku, w moim przypadku o współbraciach, kłóci się z rzeczywistością, kuszeni jesteśmy do skrajności: „wszystko albo nic”. „Albo przestaniesz oglądać ten sport, albo się z tobą rozwiodę”.

Tymczasem małżeństwo, życie zakonne czy kapłańskie czy wychowywanie dziecka to nie jest ziemia obiecana, opływająca mlekiem i miodem. Tak naprawdę to jest dopiero ugór, który otrzymaliśmy jako zadanie. Trzeba go powoli uprawiać, oczyszczać z chwastów, aby z czasem powstał piękny ogród i uprawna rola. Podobnie, kiedy sportowiec przygotowuje się do zawodów, to trener nie mówi do niego: „To teraz poleż sobie przez miesiąc do góry brzuchem i wypocznij przed zawodami”. Nie. Sportowiec musi ćwiczyć i to wytężale.

Cały hymn św. Pawła o miłości dowodzi, że relacje międzyludzkie nie budują się jak układanka puzzli. Nie istnieje coś takiego jak „dopasowanie”. Nigdy nie znajdziemy człowieka, żony, męża, wspólnoty, którzy jak kawałki puzzli, bez żadnych kantów, zakosów i nierówności odpowiadać będą naszym potrzebom i oczekiwaniom, uzupełnią wszystko to, czego nam brakuje. „Dopasowanie się” jest fikcją. Kogoś można tylko pokochać i przyjąć razem z jego kantami, nierównościami i „nieprzystawaniem”. Do budowania relacji nie wystarczy tutaj nawet najlepsza wiedza psychologiczna czy inna. Po prostu drugiego człowieka możemy zmienić tylko dobrocią, przebaczeniem, rezygnacją ze swoich pożytków, akceptacją wraz ze słabościami, a nie szantażem, próbą naginania do siebie. A ponieważ jesteśmy tak różni, miłość ma tyle cech: łagodna, współczująca, niepamiętliwa, ocalająca… Jaka wspólnota międzyludzka byłaby możliwa bez umiejętności podejmowania dobrych kompromisów, bez ustąpienia, bez pokory i często także cierpienia?

To właśnie cierpliwość, jako najważniejsza cecha miłości, jest mostem łączącym świat naszych wyobrażeń i oczekiwań ze światem realnym. Sprawia, że ludzie są w stanie budować trwałe związki pomimo różnic i odmienności. Cierpliwość każe nam liczyć się z własnymi słabościami, z ograniczeniami innych, z czasem dojrzewania, zaszczepia nam pewną nieufność względem własnych rozwiązań, chroni przed radykalnymi krokami, przed pośpiechem i popędliwością. Cierpliwość przekonuje nas, że pewne niedoskonałości i ograniczenia w naszym świecie są nieuchronne. Albo to przyjmiemy, albo będziemy się rzucać na wszystkie strony.

Miłość jest darem, ponieważ rzeczywiście wymaga od nas heroizmu. Cierpliwość także. Św. Paweł tego nie ukrywa. Ale o miłość trzeba również zabiegać, chcieć jej. W sumie miłość, którą opisuje św. Paweł jest opisem samego Boga. Co więcej, ta „miłość już jest rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany”. W sercu każdego ochrzczonego. Na naszym duchowym koncie jest już spory kapitał, czasem jednak uśpiony. Teraz, w Eucharystii, Chrystus karmiąc nas swoim Słowem i Ciałem, za darmo pomnaża ten majątek, przelewa cząstkę siebie, swojej miłości. Dlaczego tak czyni? Ponieważ w takiej kondycji, w jakiej obecnie żyjemy, nie jesteśmy w stanie sami zbudować dobrych i trwałych relacji bez Jego wsparcia. Cierpliwość otrzymujemy jako dar. Sakrament małżeństwa czy kapłaństwa również jest takim Bożym wzmocnieniem naszego ducha i ciała. Bóg po prostu chce nas uzdolnić do takiej miłości, o jakiej pisze apostoł. I najwspanialsza wieść: my nie musimy dokonywać uprzedniej wpłaty na  konto Boga. Zawsze możemy przyjść i czerpać za darmo. Jeśli tylko chcemy.

Homilia, 28 stycznia 2007