Pewnie wszyscy doświadczyliśmy, co znaczy nieprzespana noc, i to z różnych powodów: choroba, praca, płaczące dziecko, troska o dom, stresy, niepokój. Ale czy kiedykolwiek nie przespaliśmy nocy, bo martwiliśmy się o Kościół i stan naszej wiary? Czy Kościół jest w naszym życiu tak ważny, żeby się nim przejmować aż do tego stopnia?

Św. Paweł mówi do ochrzczonych, czyli do nas, że staliśmy się „domownikami Boga”, że jesteśmy „mieszkaniem Boga przez Ducha”. Apostoł kreśli przed nami obraz duchowej świątyni. Fundamentem tej budowli jest Chrystus i apostołowie, a my żywymi kamieniami, które tworzą jej ściany. Zauważmy, że budowla Kościoła opisana przez św. Pawła nie ma dachu. Czy to nie dziwne? Dachem jest Bóg Ojciec, który osłania nas Swoim płaszczem. Ku Niemu wszyscy dążymy. Przestrzeń tej otwartej na świat budowli wypełnia Duch Święty. Jesteśmy zakorzenieni w ziemi dzięki Chrystusowi i zarazem ukierunkowani ku niebu, czyli ku Ojcu. Stoimy mocno na ziemi i wznosimy się ku górze. Kościół nie istnieje dla siebie samego, lecz dla Boga i uświęcenia człowieka. 

Obraz duchowej świątyni oznacza również, że jako chrześcijanie, świeccy i duchowni, jesteśmy Kościołem, a nie tylko w Kościele. Jesteśmy jego częścią. Każdy bez wyjątku. Nie przychodzimy do kościoła jak na pocztę czy do banku, żeby wpłacić pieniądze. 

Nie jesteśmy w Kościele obcymi. To ma być nasz dom, a nie punkt usługowy czy targowisko, na którym jesteśmy widzami i klientami. W naszych domach rodzinnych nie jesteśmy gośćmi, ale domownikami, czyli tymi, którzy aktywnie je budują. To jak wygląda nasz dom, czy jest nam ciepło, czy mamy co zjeść, gdzie się schronić, porozmawiać, odpocząć zależy przecież od naszego trudu i zaangażowania. I tutaj nie chodzi tylko o budynek. 

Wiemy dobrze, chociaż zdarza nam się o tym zapominać, że w domu nie są najważniejsze ładne meble, super łazienka czy nowe okna. To są rzeczy potrzebne, ale drugorzędne, ponieważ sam budynek i wyposażenie nie jest jeszcze domem. Dom jest raczej przestrzenią duchową i międzyludzką. Dom buduje wspólnota ludzi, bo służy on nie tylko do mieszkania, ale jest niezbędny dla duchowego rozwoju człowieka. 

Człowiek samotny może mieć mieszkanie, ale nie dom. Mieszkanie można sobie wynająć. Dom trzeba tworzyć. I w tym tworzeniu każdy musi brać aktywny udział: żona, mąż, dzieci i dziadkowie. Wszyscy powinni czuć się za niego odpowiedzialni, to znaczy, słuchać się nawzajem, rozmawiać ze sobą, podejmować różne obowiązki, wspierać się, dzielić bóle i troski, myśleć wspólnie także o materialnym zabezpieczeniu. Wtedy dom się buduje. I trwa to przez całe życie.

Dom zaczyna się rozpadać, powiewa w nim pustką, chociaż mogą w nim być dębowe meble i perskie dywany, jeśli nie widzi się w nim człowieka, jeśli dom jest tylko hotelem, jeśli ktoś próbuje „korzystać” z pracy innych, jeśli nie docenia wkładu pozostałych domowników, jeśli nie ma w nim gościnności, wdzięczności, wyrozumiałości. Dom może być targowiskiem, na którym załatwia się różne interesy, oczekuje się wyłącznie zaspokojenia własnych potrzeb i korzyści. W pewnym sensie nadmierna troska o wyposażanie domu może być ucieczką przed pustką, jaka w nim panuje. Myślimy, że jeśli coś upiększymy materialnie, to będzie inaczej. 

Nasze życie już od początku wiąże się ze wspólnotą. Nikt z nas nie spadł z nieba w gotowej postaci. Bóg stwarza nas i doprowadza do doskonałości z pomocą ludzi. Dlaczego? Bo sam jest wspólnotą. W Bogu zachodzi ciągła wymiana miłości i dobra. Ojciec nieustannie oddaje się Synowi, Syn Ojcu i ta miłość między nimi jest Duchem Świętym. Nie ma życia bez wspólnoty. Nie ma miłości bez wspólnoty. Jak mielibyśmy nauczyć się miłości, jeśli nie byłoby komu co podarować? Zostaliśmy stworzeni na obraz nie jakiegokolwiek Boga, ale Boga, który jest wspólnotą osób. Dlatego nie osiągnięmy szczęścia w pojedynkę. To jest najgłębsza racja istnienia domu, rodziny, państwa, Kościoła. 

Kościół budujemy wspólnie. Często wierzący mawiają: a cóż ja znaczę, czy byłbym w Kościele czy nie, i tak wszystko jedno. Czy ojciec lub matka może tak powiedzieć o swoim domu? Wyobraźmy sobie, że w ścianie kościoła wyciągniemy jedną cegłę. Brzydko by to wyglądało. Zrobiłaby się dziura. Chcielibyśmy ją jak najszybciej zamurować. Ale jeśli wyciągniemy kilkanaście takich cegeł lub kilkadziesiąt, to ściana się zawali. Każdy ochrzczony jest ważny, ponieważ bez niego ściany Kościoła zaczną się chwiać, a w pewnym momencie mogą runąć. 

Podobnie jak w rodzinie istnieją więzy krwi, tak w Kościele jesteśmy związani ze sobą duchowo, niewidzialnie. To związanie wydarzyło się na chrzcie. Zostaliśmy włączeni najpierw w Bożą rodzinę, czyli życie Ojca, Syna i Ducha Świętego, a następnie w ludzką wspólnotę wierzących. Nie na niby, nie na krótką chwilę, ale na całą wieczność.

Na chrzcie Bóg zawarł z nami przymierze, jak z Izraelitami na pustyni. Inaczej mówiąc spisał z nami umowę. Wiemy, że w umowie liczą się obie strony, tyle że tą drugą stroną jest nie tylko ochrzczony, ale także wspólnota Kościoła. Przez pokropienie na początku mszy przypomnieliśmy sobie o tej umowie.Bóg mimo swojej wielkości traktuje nas jako partnerów, wierzy w naszą odpowiedzialność i dane słowo. Niczego nie narzuca. Odwołuje się do wolności.

W tym sensie chrześcijanin nie ma prywatnego życia. Nie może mówić: „To, co się dzieje między mną a Bogiem, to moja osobista sprawa”. Czyniąc cokolwiek na tym świecie, czy jesteśmy tego świadomi czy nie, wywieramy jakiś wpływ na innych. Oblicze Kościoła zależy też od naszego zaangażowania w życie, w służbę drugiemu człowiekowi, od tego, czy dążymy w naszych domach i środowisku do zgody i przebaczenia czy raczej do podziałów i konfliktów.

Ktoś może powiedzieć: „Ja do Kościoła się nie pchałem. Nikt mnie nie pytał o chrzest. Rodzice sami mnie przynieśli  i ochrzcili”. Jeśli rodzi się w Tobie takie pytanie, to bardzo dobrze. Bo może w końcu musisz świadomie podjąć czy umocnić decyzję, czy chcesz być chrześcijaninem – „żywym kamieniem”, czy też nie. Może taka wątpliwość to szansa do pogłębienia wiary i w ogóle sensu życia.

Św. Paweł pisze w Pierwszym Liście do Koryntian, że na fundamencie można budować używając szlachetnego i mocnego materiału: złota, kamienia i drzewa lub trawy i słomy. Żywy kamień Kościoła pulsuje życiem. Jest związany z innymi, aktywny, czujący z całością. Martwy kamień to trawa i słoma. Niby wygląda na solidny materiał, ale kiedy przyjdzie wiatr, woda lub ogień zostanie z niego popiół. Ważne jest więc, jakim jestem kamieniem Kościoła. Czy z drogocennego materiału, czy ze słomy? Żywy kamień otrzymuje ciągle życie od Ducha Świętego i Chrystusa: „Jeśli nie będziecie spożywać Ciała mojego i pić mojej Krwi, nie będziecie mieli życia w sobie”.

Dlatego Kościół powszechny i parafialny budujemy przez udział we wspólnej Eucharystii, przez przyjmowanie innych sakramentów, przez słuchanie Słowa Bożego, przez osobistą modlitwę. Ale to jest dopiero wstęp. Tu przy ołtarzu otrzymujemy moc do bycia chrześcijaninem, czyli bycia „mieszkaniem Boga”, jego sanktuarium, pośrodku świata. Ta wielka godność pociąga za sobą odpowiedzialność. Musi to być widoczne dla innych. 

Kto staje się mężem, żoną, pracownikiem, prezydentem, odpowiada za kogoś, czyli zobowiązuje się do służby. Wszystko, co budzi i rozwija w nas życie jest materiałem, z którego budujemy solidne ściany Kościoła. Najpierw rodzicielstwo, codzienne obowiązki i praca wypełniana uczciwie, każdy dobry czyn i słowo, zauważanie innych w potrzebie, zaangażowanie w jakieś dzieło w parafii, poświęcenie czasu na to, co nie jest tylko korzyścią dla mnie, walka z obojętnością itd. Kościół burzy nasza bylejakość, zaniedbanie dobra, brak otwarcia na nowe życie w rodzinie, stawianie dóbr materialnych ponad człowiekiem, tworzenie podziałów w domu, w parafii, rozsiewanie plotek itd.

Prośmy więc, abyśmy zachowali w sobie życie i w ten sposób zbliżali się do Boga i ludzi.