Nie ulega wątpliwości, że wiele zależy w naszym życiu od tego, czy ciągle powracamy do źródeł, do początku.

Początek to takie doświadczenie, które dzięki swej intensywności i znaczeniu zapada nam w duszy i staje się fundamentem, zalążkiem czegoś większego i trwałego. Jest w nim także zapisane nasze życiowe zadanie, jest w nim energia i światło. Początek jest jak ziarno, które zapada w glebę, powoli kiełkuje i rośnie. Początek to owa ewangeliczna skała, na której budujemy dom naszego życia.

Dla mnie początkiem są chociażby te chwile, kiedy usłyszałem wyraźnie, że mam pójść do zakonu i zostać księdzem. Do tego pierwotnego doświadczenia powracam zarówno wtedy, kiedy odczuwam radość, kiedy jestem przekonany, że warto było zaufać Bogu. Ale wracam też do niego kiedy doznaję porażki, rozczarowania, kiedy wydaje się, że wszystko to było jakąś pomyłką. Słowem w chwilach próby. Wtedy wspominam i pytam się, co wtedy się wydarzyło? Kogo ja tak naprawdę spotkałem? Co usłyszałem? Uczciwa odpowiedź na te pytania dodaje sił i nadziei. W momencie, w którym uznałbym, że nic się wówczas nie wydarzyło, przegrałbym swoje życie. Po prostu zostałbym sam. Fundamentem mojego powołania może być tylko świadomość żywej relacji z Bogiem. 

Dla zakochanych i małżonków początek to moment, w którym „coś” zbliżyło ich ku sobie i złączyło nieraz na całe życie. To dzięki owemu pierwszemu zauroczeniu i miłosnemu zaangażowania mogą oni przejść razem przez życie. Małżonkom również nie wolno zapomnieć o początku, bo inaczej w chwilach kryzysu ich więź nie przetrwa. Pierwotne uniesienie opada i jeżeli między dwojgiem ludzi nic się nie wydarzyło, to w chwili próby nie mają się do czego odwołać. Małżeństwo również opiera się na więzi i relacji, a nie na ceremonii ślubnej. Ślubny kobierzec to początek drogi, a nie koniec.

W dzisiejszej ewangelii słyszymy o innym początku – o chrzcie Jezusa. Jest to moment, w którym rozpoczyna On swoją publiczną działalność. I co w nim widzimy? Po pierwsze, Jezus solidaryzuje się z ludźmi. Wchodzi do tej samej wody, co wszyscy grzesznicy. Nie staje ponad nimi. Nie przychodzi jako sędzia. Po drugie, Jezus nie działa sam. Przy jego boku staje Duch Święty i Ojciec. Jezus całe życie działa we wspólnocie. 

Przed chwilą jako wspólnota ochrzczonych zostaliśmy pokropieni wodą, abyśmy przypomnieli sobie o naszym początku, o naszym chrzcie. Co tam się wydarzyło? To nie jest tylko pobożny rytuał, z którego nic nie wynika. Weszliśmy w relację z Bogiem jako wspólnotą osób. Większość z nas została zapewne ochrzczona w wieku dziecięcym. Dzięki temu lepiej widać, że zostaliśmy przez Boga obdarowani za darmo, za nic. Zostaliśmy włączeni do Bożej rodziny. A to zobowiązuje. Chrzest zapoczątkowuje naszą całożyciową przemianę. Ale nie odbywa się ona  jak przemiana żaby w piękną królewnę po pocałunku księcia. Chrzest jest zalążkiem i źródłem, z którego tryska energia do wypełnienia naszej życiowej misji. Podobnie jest z sakramentem małżeństwa czy kapłaństwa. 

Pamiątka naszego chrztu stawia nam więc pytanie: Jakim jestem chrześcijaninem? Czy jako dorosły odpowiedziałem już świadomie i dobrowolnie Bogu: „Tak, chcę być w Twojej rodzinie, jestem Tobą zainteresowany”? Czy przychodzę do kościoła, bo pragnę spotkać tutaj Boga – jak Jezus nad Jordanem w gronie grzeszników? Czy rzeczywiście w moim życiu odbija się Boże synostwo? Czy mam czas dla Boga, nie w formie daniny czy haraczu do spłacenia, ale jako zwrócenie się do przyjaciela, ojca, brata? 

Pomyślmy, cóż to byłoby za małżeństwo, gdyby po ślubie małżonkowie nagle przestali ze sobą rozmawiać, gdyby nie wyrażali sobie uczuć, nie dzieliliby ze sobą majątku, łoża, choroby, trudów i radości.

Chrzest oznacza również włączenie nas do wspólnoty Kościoła. I to takiego, który skupia w sobie grzeszników: wiernych i pasterzy. Nie idziemy do Boga w pojedynkę, podobnie jak Jezus nie działał sam, ale zawsze w jedności z Ojcem i Duchem. Każdy z nas ponosi więc odpowiedzialność za Kościół, tak jak w rodzinie nikt nie może się wymówić od odpowiedzialności za innych. Co to znaczy?
Weźmy tylko jeden przykład  z ostatnich dni. Śledziliśmy zapewne sprawę abp. Wielgusa. Wszystko potoczyło się tak a nie inaczej, ponieważ w wierzących obudził się zmysł wiary. Ludzie byli skonsternowani, oburzeni, domagali się ustąpienia abp. Wielgusa.

Ten zmysł to bardzo podstawowe wyczucie moralne, które intuicyjnie pozwala odróżnić dobro od zła. Domaga się jednoznacznego określenia, co jest dobrem, a co złem, a nie zacierania różnicy między nimi. Jest to także owoc działania Ducha Świętego w wierzących, owoc chrztu świętego. Wierni nie są tylko uczestnikami liturgii i korzystającymi z sakramentów. Dźwigają realną odpowiedzialność za Kościół w ramach ich powołania. Ta odpowiedzialność polega również na ocenie ważkich wydarzeń w życiu Kościoła. Można powiedzieć, że Bóg wyraża swoją wolę „odgórnie” przez biskupów, ale działa także w sercach wiernych – „oddolnie”. Dlatego ich głos powinien być brany pod uwagę przez hierarchów, a także szeregowych księży.

Ta odpowiedzialność oznacza po prostu, że w Kościele nie mogę stać z boku, w postawie biernej. Każdy z nas jest żywym kamieniem. Każdy ma znaczenie. Jakie jest moje życie, Twoje, czy biskupa, taki będzie Kościół.

Prośmy więc Pana, abyśmy często potrafili w naszym życiu powracać do początków. Abyśmy nie skostnieli, aby Kościół był dla nas rzeczywistym wsparciem, abyśmy rzeczywiście stawali się prawdziwymi chrześcijanami.
 
Homilia, 7 stycznia 2007