Proch jest bardzo irytującym znakiem. Przejmuje drżeniem, ponieważ przypomina nam o nieuniknionej śmierci, o kruchości człowieczeństwa, o naszych granicach, czyli o istotnej części naszego życia.

Karnawał dobiegł końca. Ucichły bale i zabawy. Dzisiaj słyszymy w Kościele: “Prochem jesteś i w proch się obrócisz” i posypujemy głowy popiołem. Dziwny to zwyczaj, przypominający raczej średniowieczne obrzędy, a przecież  mamy już  XXI wiek. Jakże można dzisiejszego człowieka, który posiada tak wielką wiedzę, zdobycze techniki i nauki utożsamiać z popiołem? Czy nie jest to zbyt upokarzające i pesymistyczne?

Nie, chociaż proch jest bardzo irytującym znakiem. Przejmuje drżeniem, ponieważ przypomina nam o nieuniknionej śmierci, o kruchości człowieczeństwa, o naszych granicach, czyli o istotnej części naszego życia. Nieraz chętnie chciałoby się zmienić jego sens. Spójrzmy na swoje życie. Czy nie doświadczaamy tego bycia prochem w monotonii dnia powszedniego, w rozczarowaniach, jakie nas spotykają, w cierpieniu, lękach i słabościach? Tę prawdę będziemy słyszeli nieustannie w ciągu naszego życia – nie tylko podczas kościelnego rytuału. Nadto każdy grzech jest przekroczeniem naszych granic. A to okazuje się dla nas często zgubne.

Posypanie głów popiołem jest także początkiem Wielkiego Postu. To taki okres w życiu Kościoła, kiedy próbujemy z Bożą pomocą odnowić się wewnętrznie i zerwać z grzechem, aby bardziej kochać Boga, siebie i bliźnich. I tutaj nie chodzi tylko o wykonanie kilku pobożnych czynności. 

Dzisiejsze czytania mówią wiele o poście. Najpierw prorok Joel wzywa Izraelitów do nawrócenia. Nieco wcześniej ostrzega naród przed tajemniczą szarańczą, która spustoszy pola i ogrody. Nastąpi katastrofa. Ta szarańcza jest oczywiście pewnym obrazem. Chodzi o nadciągające do Jerozolimy wojska albo, w głębszym sensie, o grzechy Izraelitów, które jak szarańcza wszystko niszczą i zabijają życie. Ta szarańcza jest jednak konsekwencją złych wyborów Izraelitów. Stąd wołanie proroka, żeby wrócić do Boga, że jeszcze jest czas, a Bóg się zlituje. Oddalenie od Boga powoduje prawdziwe nieszczęście w życiu człowieka. Wielki Post jest dla nas kolejną szansą, aby to do nas dotarło.

W Ewangelii Jezus mówi, że aby zaszła w nas istotna przemiana, musimy wniknąć w motywacje i  intencje naszych działań. Ważne jest nie to, co widać na zewnątrz, bo my jesteśmy mistrzami w udawaniu, lecz to, co popycha nas do działania. Jeśli będziemy szczerzy przed Bogiem, jeśli Słowo Boże dotknie naszego myślenia i postaw, wtedy coś w nas pęknie, coś się zmieni.

Jako ludzie mamy skłonność do koncentrowania się na tym, co zewnętrzne. Nieraz myślimy, że wystarczy dokonać jakichś kosmetycznych zabiegów i wszystko będzie w porządku. A może by tak nie jeść słodyczy, albo nie oglądać czegoś, a może przestać palić na jakiś czas. Nie ma w tym nic złego. Trzeba się jednak pytać, po co to wszystko? Jeśli nasze wyrzeczenia miałyby wpłynąć na Boga, coś na Nim wymusić, oddalić niebezpieczeństwa i katastrofy, to jest to zbyt magiczne postrzeganie postu. Bóg nie chce od nas takich ofiar.

Sam Jezus nie pości w taki sposób podczas swej działalności, oprócz pobytu na pustyni. W Ewangelii mówi raczej, że wszelkie praktyki postne, umartwienia, odmawianie sobie tego, czy owego jest daremne, jeśli nie będzie w nas decyzji: chcę bardziej zbliżyć się do Boga i do bliźnich.

Prorok Izajasz, którego słowa Jezus wypełnia, pisze, że post to nie spanie w worze, zwieszanie głowy, czy odmawianie sobie jedzenia czy picia. Postem jest raczej zrozumienie potrzeby brata i siostry obok mnie i wyjście im naprzeciw: podarowanie im czasu, dzielenie się z tym, co mam, wysłuchanie kogoś. Jest to o wiele trudniejsze niż np. niejedzenie słodyczy. W pewnym sensie takie wyrzeczenie się czegoś bardzo koncentruje nas na sobie. Możemy się wówczas czuć dumni, że coś ofiarowaliśmy Bogu. Ale Bogu nie o to chodzi. Dopiero bycie wrażliwym na potrzeby drugich odwraca naszą uwagę od siebie. I dlatego jest trudniejsze. Tylko zbliżenie do Boga owocuje większą miłością do bliźnich. 

W tym czasie, i w ogóle w życiu, Bóg nie zostawia nas samych. On także posypał siebie popiołem. Stał się człowiekiem równym każdemu z nas. Padł swoim obliczem na ziemię, która pochłonęła Jego łzy i krew. Chrystus nie wybawił nas od cielesności i prochu, lecz poprzez ciało i proch. W tym samym Ciele, bardzo niepozornym, dzisiaj będzie nas karmił. A wszystko po to, żebyśmy mieli siłę do prawdziwej, a nie tylko kosmetycznej przemiany.

Homilia, Popielec. 21 lutego 2007