1 Krl 3, 5-12
Rz 12, 1-2
Mt 25, 1- 13

Jesteśmy podobni do Salomona. Nazywamy siebie chrześcijanami, czyli ludźmi namaszczonymi przez Boga i wezwanymi przez Niego po imieniu. A to oznacza, że w naszym życiu nie chodzi tylko o to, żeby jakoś je przeżyć: długo, pomyślnie, bezpiecznie i bogato. 

Nie to jest celem życia chrześcijanina. Król jest przekonany, że ma do wykonania pewną misję, wyznaczoną mu przez Pana. Ta misja będzie go kształtować, przemieniać, czynić doskonałym cżłowiekiem. Dlatego prosi Boga najpierw o mądrość, która pozwoli mu radzić sobie z trudnymi sprawami jego ludu. Wybiera to, co rzeczywiście decyduje o jakości ludzkiego życia.

A na czym polega problem głupich panien z Ewangelii? Po pierwsze, nie przewidziały one, że pan młody może się spóźnić. Gdyby dobrze pomyślały i wzięły to pod uwagę, kupiłyby więcej oliwy. Z przypowieści wiemy, że miały na to pieniądze. Po drugie, zamiast iść do miasta, mogły mimo wszystko porozmawiać z panem młodym, czy ich nie dopuści do orszaku obok panien z lampami. Chociaż co to za powitanie ze zgasłą lampą. W każdym bądź razie nie przyszło im to w ogóle do głowy. Wybrały najmniej rozsądne wyjście: poszły kupić oliwę do lamp i rozminęły się z oblubieńcem. I to zachowanie Jezus nazywa głupotą. Niewłaściwa ocena sytuacji, pomylenie hierarchii: rzecz ważniejsza niż osoba, brak wyczucia chwili, brak doświadczenia.

Oba czytania mówią nam więc o mądrości. Czym jest biblijna mądrość? Jest to sztuka, która polega na praktycznym kształtowaniu życia. Najpierw człowiek poznaje związki panujące w świecie i między ludźmi, odkrywa Boży porządek i na podstawie tego poznania wybiera takie środki i rozwiązania, które czynią jego życie szczęśliwym i pełnym. Mądrość to splot teorii i praktyki. Jeśli mądrość ma ukierunkowywać całe nasze życie, zakorzeniać je w tym świecie i zarazem wyprowadzać poza ziemski horyzont, to jej osiągnięcie musi zakładać uruchomienie całego potencjału człowieka.

Czy nasze czasy temu sprzyjają? Dzisiaj ludzkie poznanie podporządkowane jest głównie technice i pracy, a nie pytaniu o to, jak żyć, jak rozróżnić dobro od zła, nie na poziomie ogólnym, ale w konkretnych sytuacjach. Większość kierunków na studiach udziela odpowiedzi zaledwie na pytanie jak coś wytworzyć i zdobyć określone kwalifikacje. Ideałem bywa chodząca encyklopedia, która gromadzi w głowie maksimum wiadomości. Nadto pogoń za pracą, konsumpcyjne nastawienie, zawężenie horyzontów życia i trudność uchwycenia jego celu powodują, że w wielu ludziach zamierają potrzeby duchowe. Przestajemy się dziwić. Niemal wszystko jest oczywiste, dopóki nie zostaniemy gwałtownie wyrwani z tego poczucia oczywistości. Nie ma miejsca dla tajemnicy. Nasza uwaga koncentruje się na wycinku rzeczywistości.

Ponadto żyjemy dziś w ideowym supermarkecie. Mamy wiele recept na życie, a także większy dostęp do nich. Konieczność dokonywania wyborów staje się zmorą naszych czasów. Wielu rezygnuje z wolności poddając się wpływowi obiegowych opinii, mediów, zwyczajów. Wolność staje się nieznośna i trudna, jeśli coraz mniej świadomie i rozumnie przeżywamy swoją codzienność. Bo żeby wiedzieć co wybrać, trzeba szukać głębiej i dalej. Cała nasza rzeczywistość i życie opierają się na pewnych zawiasach, na ogólnych prawach, na Bożym porządku, którego nie sposób odczytać jedynie za pomocą techniki i encyklopedii. Boży ład to podstawowy punkt odniesienia dla naszych decyzji. Życie nie jest poddane tylko konieczności: zdobycie wiedzy, praca, zarabianie, rodzina. Życie to także wolność. Zapominamy również, że człowiek to istota złożona i bogata. Każda próba zredukowania go do jednego wymiaru, niszczy człowieka i zagradza drogę do rozwoju.

Nie zagubimy się w gąszczu idei, jeśli nauczymy się samodzielnie myśleć, osądzać fakty i zachowania, oceniać, co jest dobre, a co złe. Właśnie studia powinny temu służyć, a często mogą w tym przeszkadzać. Bo nie zawsze ilość wiedzy rozstrzyga o mądrości. Jak więc studiować, aby otrzymać w darze mądrość Salomona czy roztropnych panien? Jak uczyć się, aby studia nas przemieniały, abyśmy stawali się lepszymi ludźmi, a nie tylko specjalistami od tego, czy owego?

Święty Paweł wskazuje nam drogę: „Nie możecie bezwiednie przyjmować logiki tego świata, który chce was całkowicie pochłonąć, bo jedną nogą stoicie na ziemi, a drugą już w niebie. Dlatego odnawiajcie wasz umysł, aby rozpoznać co jest dobre, co Bogu przyjemne, co doskonałe”. Nie jest obojętne, co myślimy. Wszyscy żywimy jakieś przekonania. Od tego, w jakim stopniu zbliżają się one do prawdy, zależy jakość naszych wyborów. Bo za każdą naszą decyzją stoi także jakieś przekonanie, nawet jeśli tego nie jesteśmy świadomi. Co więcej, nie wystarczy tylko wiedzieć, żeby dobrze postępować – jak twierdził Sokrates. Często wiemy, co należy czynić, a robimy dokładnie na odwrót. Aby odkryć, co jest dobre, a co złe i podejmować właściwe decyzje musimy otwierać się na szersze rozumienie poznania.

W Biblii poznanie to coś więcej niż abstrakcyjna wiedza. „Poznać” oznacza „wejść w relację”, „doświadczyć czegoś konkretnie: cierpienie, pokój, wojna”, „zaangażować się całościowo”, „zjednoczyć się cieleśnie z mężem lub żoną”. Poznać Boga to nie przeczytać coś o Nim, ale wejść w głęboką zażyłość, w przymierze. Prawdziwe poznanie oznacza więc otwartość na różnorodność doświadczeń.

Niemieckie słowo „erfahren” – „doświadczać” – wywodzi się od słowa „wybierać się w podróż”. W podróży nie tylko spoglądamy na mapę, ale też spotykamy różnych ludzi, odpoczywamy, intensywniej czujemy nasze ciało, doznajemy braku, gorąca, zimna, lęku, niepewności, cieszymy się pięknem widoków itd. Wszystko nas kształtuje: film, literatura, muzyka, sport, wspólna inicjatywa, wyzwania, praca, wspólnota, wiara, modlitwa, spotkania, rozmowy. Są to kanały przez które poznajemy siebie, innych, Boga i całą rzeczywistość. W ten sposób zdobywamy mądrość. Jeśli świadomie ogołocimy się z któregoś z tych elementów, będziemy podobni do głupich panien. Nie będziemy wiedzieli jak postąpić w danej sytuacji, bo zabraknie nam doświadczenia. To wielość doświadczeń nas urabia i rozszerza nasze horyzonty. Oczywiście nie jesteśmy w stanie i wcale nie musimy sami wszystkiego doświadczyć. Możemy zainspirować się doświadczeniem innych. Dlatego na studiach tak ważne są również relacje z innymi, a nie tylko książki i egzaminy.

Towarzystwo Jezusowe tak naprawdę powstało na uniwersytecie. Ignacy Loyola zaprzyjaźnił się na Sorbonie z Franciszkiem Ksawerym, z Piotrem Faberem i innymi. Oprócz uczenia się, spędzali ze sobą czas. rozmawiali, myśleli, co począć dalej ze swoim życiem. Nie gdzie indziej tylko na studiach. Bo jest to uprzywilejowany czas, który już się nie powtórzy.

Jednakże nie wystarczy kolekcjonować doświadczenia, żeby one coś w nas zmieniły. Doświadczenia, wiedza, fakty muszą być, jeśli tak można rzec, przez nas przetwarzane. Czysty odbiór i recepcja faktów nic nie wnosi. Moim zdaniem system studiów w Polsce nastawiony jest na nabywanie wiedzy, a nie uczenie myślenia, łączenie faktów, wyciąganie wniosków. Kardynał John Newman pisze o marynarzach, którzy krażąc po całym świecie, idą spać w Europie a budzą się w Afryce, oglądają wielkie miasta, ale cóż z tego, jeśli chłoną to wszystko biernie. Po długim rejsie wracają tacy sami, jak przed rejsem.

Zbierane doświadczenia muszą się układać w jakąś całość. Musimy się nad nimi zastanawiać, porównywać, łączyć, dyskutować z innymi. Dopiero wówczas mogą na nas oddziałać. W przeciwnym wypadku przepływają przez nas jak woda przez gąbkę. Można wiele zwiedzić, znać wiele języków, być ekspertem z ekonomii i informatyki, ale to jeszcze nie znaczy, że dzięki temu ktoś stanie się lepszym człowiekiem.

I jeszcze jedno. Studia to nie tylko zaliczanie przedmiotów, wpisy do indeksu, uwieńczone zdobyciem dyplomu. Studia są też czasem intensywnego poznania siebie: swoich dobrych stron jak i ograniczeń. W sumie ta wiedza jest o wiele ważniejsza niż stosy przeczytanych książek. Prędzej czy później pojawiają się trudności z nauką, niechęć do czytania, jakieś opory. Powodów może być wiele: za dużo materiału, zmęczenie, brak skupienia. Ale często właśnie nowe doświadczenia stają się motorem przemian w naszej psychice i w naszym myśleniu. Wyjście z domu, nowe sytuacje, nowi ludzie sprawiają, że zaczynamy postrzegać siebie w innym świetle, często dopiero siebie odkrywamy. Najbardziej przytłaczają nas wówczas nasze ograniczenia. Chcielibyśmy być bardziej błyskotliwi, a nie jesteśmy. Wobec ogromu wiedzy czujemy się malutcy. A nie zawsze takimi chcemy się czuć. Napinamy się, porównujemy z innymi, bywamy sobą rozczarowani. Istnieje ścisły związek między naszą dojrzałością czy procesem dojrzewania, a zdolnością do poznania. Każde nowe doświadczenie może nas prowokować, rodzić w nas opór, budzić w nas to, czego dotąd nie byliśmy świadomi. Ale to jest nasza niepowtarzalna szansa. Jeszcze jesteśmy chłonni i otwarci na to, co nowe. Później, jak okrzepniemy, będzie z tym trudniej.

Po drugie, nieraz w trakcie studiów możemy odnieść wrażenie, że wiele naszego wysiłku idzie na marne. Uczymy się, przykładamy, a owoc wydaje się mizerny. I pytamy: po co się wysilać? Czy nie lepiej jakoś się przemknąć, zaliczyć, zdobyć ocenę? Simone Weil mawiała, że skupienie niszczy w nas zło. Była ona przekonana, że każdy akt uwagi nas przemienia, bo przez niego w sposób niewidzialny działa sam Bóg. Skupienie podczas lektury, rozwiązywania zadań, obliczeń, rysowania, pisania jest także modlitwą, chociaż często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dlatego możemy uciekać od skupienia. Pamiętajmy, że zło mąci, rozprasza, dzieli. „Diabolos” oznacza tego, który dzieli. A skupienie jest przeciwieństwem rozproszenia. Kiedy więc doświadczamy oporów w nauce, to nie zawsze jest to lenistwo, czy nasz skromniejszy potencjał. Po prostu toczy się w nas niewidzialna walka.

Studiujemy więc, aby zdobyć mądrość, doznać wewnętrznej przemiany, otworzyć się na różne doświadczenia, wejść w relacje z innymi, poznać i zaakceptować siebie, i w końcu aby nauczyć się modlić w codzienności. Prośmy dzisiaj Pana, za przykładem Salomona, aby wspierał nasz wysiłek i wlewał nam mądrość w nasze serca, aby odnawiał nasz umysł, po to byśmy lepiej spełnili nasze życiowe powołanie.