Żyjemy w takim świecie, w którym jesteśmy w wiele spraw wciągnięci bez naszego wpływu. Po prostu musimy zrobić to lub tamto. Ale jedno jest pewne: Nie możemy pozwolić, aby tylko to, co zewnętrzne miało na nas wpływ decydujący.

“Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. 9 Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: “Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku”. 10 Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. 11 Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. 12 Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. 13 I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza” (Wj 17, 8-13)

Parę dni temu byłem na pogrzebie. Zmarł mój współbrat z rocznika. I to podczas badań żołądka. Miał 30 lat. Miał plany, pomysły. I nagle śmierć wszystko przerwała. Taka śmierć relatywizuje drastycznie nasze podejście do rzeczywistości. Następujące myśli są również owocem tego wydarzenia.

Spróbujmy najpierw spojrzeć na dzisiejsze pierwsze czytanie jako na pewien symbol, symbol ludzkiego życia. Jozue i żołnierze to ta część życia, w której poświęcamy się działaniu wytwarzającemu coś, zmaganiu się z przeciwnościami, kształtowaniu, zarabianiu, codziennym obowiązkom. Amalekici to obraz przeciwności i trudności życiowych, zadań, którym musimy sprostać. Z kolei Mojżesz ze wzniesionymi rękami oraz Aaron i Chur, którzy go podtrzymują to te chwile życia, w których oddajemy się modlitwie, „nic-nierobieniu”, odpoczynkowi, oddechowi dla ducha i ciała. 

O co chodzi w życiu? O równowagę między działaniem – walką,  a modlitwą, czyli zwracaniem się ku Bogu ze swoim życiem, czyli aktywnością innego rodzaju. Człowiek do rozwoju potrzebuje zadań, wyzwań, ale z drugiej strony nie może się im całkowicie poświęcić. Bo jest jeszcze Bóg, który pragnie naszej bliskości, są nasi bliscy, przyjaciele i w końcu każdy z nas potrzebuje wytchnienia, potrzebuje myśli, piękna, zachwytu. Jak to w sobie zaprzepaścimy, nie będziemy w pełni ludźmi.

Jeśli tak popatrzymy na tę scenę, to zauważymy również, że modlitwa nie jest oddzielona od działania. Jozue walczy, a Mojżesz wstawia się do Boga, patrząc na walkę i wznosząc się ku górze. Modlitwa i życie duchowe to nie jest ucieczka od życiowych problemów i przeciwności. Na odwrót, tylko dzięki życiu duchowemu, w które włączamy naszą codzienność, możemy wzrastać, możemy jej sprostać. A więc Mojżesz jest ściśle związany z Jozuem. Po drugie, swoją modlitwę wyraża w ciele, w konkretnym geście. Ciało i duch są ze sobą splecione ściśle. A jak to wygląda u nas?

Człowiek zawsze wystawiony jest na pokusę samego takiej aktywności, która coś tworzy. Dzisiaj wiele ludzi żyje tak jak Jozue z żołnierzami, ale bez Mojżesza i Aarona. Walczą na polu życia, próbują pokonywać różne trudności, pracują, nie mają czasu na odpoczynek, na modlitwę, która nie byłaby tylko pacierzem, ale właśnie zwróceniem się do Boga z tym, co jest treścią życia. Jakże często mówimy, sam też się tak próbuję oszukiwać: „Nie ma czasu na modlitwę, tyle trzeba zrobić, pochłaniają mnie różne obowiązki. Jeszcze to i tamto. Jak tego nie zrobię, to coś się zawali, albo jak wypadnę przed innymi”. Czyli tak naprawdę sądzę, że wszystko jest w moich rękach. I to jest korzeń tego oszustwa.

Z drugiej strony nie zauważamy, jak wiele czasu tracimy na to, aby zniwelować poczucie chaosu, pustki, niedosytu i przemęczenia. Na różne sposoby dostarczamy sobie wrażeń, aby tylko nie wejść w pustkę milczenia, w chwilę samotności, aby nie spojrzeć na swoje życie z dystansu. Używki, wielogodzinne przesiadywanie przed telewizorem czy komputerem, brak organizacji czasu, wymówki, przejadanie się, wzmożona aktywność seksualna, narkotyki, alkohol. Myślimy, że to jest niezbędne, że bez tego nie da się żyć. A tymczasem może tak być, że „Amalekici” naszego życia powoli biorą nad nami przewagę. Nie chcemy tego zauważyć. Wydaje nam się, że z wszystkim damy sobie radę, że jesteśmy tacy silni i operatywni. 

Chwila dłuższej modlitwy, prostej rozmowy z Bogiem, rozważenia Słowa Bożego, spaceru, czy po prostu posiedzenia w ciszy bez specjalnego produkowania wrażeń, pozwala nam spojrzeć na to, co robimy z boku. Czy aby nie za dużo we mnie zagonienia? Czy to lub tamto rzeczywiście muszę robić? Czy to jest konieczne? A może to moja ambicja, albo pożądanie, albo chęć pokazania się, wybicia się? Może wydaje mi się, że muszę wszystko mieć, bo inni to mają? Nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania przed telewizorem, czy nawet na najlepszej imprezie. Zepchniemy je jeszcze bardziej na dalszy plan. I to jest pułapka, w którym długo możemy tkwić. Jak z niej wyjść? Nieraz wystarczy po prostu z czegoś zrezygnować.

Często rzeczywiście obowiązki życiowe mogą nas przytłaczać. Żyjemy w takim świecie, w którym jesteśmy w wiele spraw wciągnięci bez naszego wpływu. Po prostu musimy zrobić to lub tamto. Ale jedno jest pewne: Nie możemy pozwolić, aby tylko to, co zewnętrzne miało na nas wpływ decydujący, abyśmy przestali już być panami własnego życia. „Nie troszczcie się zbytnio”. Nie możemy też porównywać się z innymi: „Bo inni mogą”.  Życie duchowe jest też po to, żeby poznać swoje możliwości i ich nie przekraczać. Często to lęki i brak ufności rzucają nas w wir nadmiernej aktywności. Bo mam rodzinę, bo musze zarobić na studia, bo muszę to lub tamto kupić. Pytanie tylko, co jest ważniejsze, żebyś czuł się szczęśliwy. Świata całego nie zawojujemy.

Jeśli chcemy sobie poradzić w życiu i się nie zagubić, musimy znaleźć czas na przebywanie sam na sam  z sobą i z Bogiem. I nie tyle chodzi o odklepanie jakichś formułek, ale zatrzymanie się na chwilę i szczere przedstawienie Bogu naszych trosk. „Wszystkie wasze troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was”. Inaczej będziemy nasze życie powoli przegrywać, chociaż będzie nam się wydawało, że idziemy do przodu. Po prostu, w którymś momencie przekroczymy granicę, której nie powinniśmy przekraczać.

3. Ciało wyraża stan naszego ducha. W ciele wyrażamy siebie przez mowę, gesty, postawy. W ciele odczuwamy przyjemność. Ciało nas boli. Jeśli jesteśmy przemęczeni, ogarnia nas nadmierny stres, jesteśmy drażliwi w stosunku do naszych bliźnich, denerwuje nas nasza praca, którą zwykle lubiliśmy, ciągnie nas do bylejakości. Ciało służy walce o byt, ale też odprężeniu i modlitwie. Jak wielu z nas żyje dzisiaj tak, jakby zamiast ciała mieli balon. Próbują oszukać swoje ciało.

Spójrzmy na ciało na liturgii i modlitwie. Kapłan wielokrotnie wyciąga ręce. Postawy na mszy św: stoimy, klękamy, siadamy. To nie są jakieś układy choreograficzne. One mają wyrażać nasze wewnętrzne nastawienie. Jesteśmy istotami symbolicznymi. Ciało nie jest tylko do pracy i do jedzenia, do przeżywania. Jest też bratem ducha. I wiele zależy od tego, co w tym duchu jest. „Z obfitości serca mówią usta człowieka”.  Jeśli to życie ducha jest ubogie, również ciało będzie traktowane tylko jako narzędzie, towar.

Kiedy będziemy przeżywać dalej tę mszę św. zwróćmy uwagę na nasze ciało, którego nie można oderwać od ducha. Stańmy cali przed Bogiem, tacy jakimi jesteśmy. Stańmy we wspólnocie, jak Mojżesz  z Aaronem i Churem.