Lubimy atmosferę Bożego Narodzenia.Te święta dobrze nam się kojarzą. W przeciwieństwie do Wielkiejnocy, która przywodzi na myśl cierpienie i śmierć, betlejemska stajenka wzbudza pozytywne uczucia.

Adwent minął szybko. I barwnie. Mieliśmy wprawdzie oczekiwać narodzin jedynego w swoim rodzaju dziecka, ale media doniosły nam, że dziecko już się narodziło. Nie w Betlejem, ale w szopce Samoobrony. Sęk w tym, że do dziś nie wiadomo, kto jest jego ojcem. Miliony z napięciem czekały na werdykt prokuratury.

Następne miliony przewaliły się przez sieć rozmaitych supermarketów. Prezenty, sianko, opłatki, karpie, choinki, świecidełka. Wszystko po to, aby poczuć atmosferę, zapach lub magię świąt. Z drugiej strony to samo społeczeństwo kolejny raz okazało się nad wyraz hojne. Akcje charytatywne, paczki dla ubogich rodzin, kwesty, kolędowanie, zupy dla bezdomnych i inne przejawy ludzkiej solidarności. 

Można narzekać na komercjalizację i desakralizację Bożego Narodzenia. Można się zżymać na powierzchowność reklam i przedświąteczny szał klientów. Ale czy to coś zmieni? Biznes to biznes. Nikt nie wkłada nam siłą towaru do koszyka. W całym tym galimatiasie jedno jest pewne: jeszcze obchodzą nas święta, nawet jeśli zanadto przywiązujemy się do otoczki i zewnętrznego opakowania. Bo kiedy przychodzi Wigilia nikt z nas nie chce być sam. No chyba z wyjątkiem skąpca Scroog’a z „Opowieści wigiljnej” Dickensa. Ale i on w końcu zmiękł. I ciekawe, że łatwiej nam znieść samotność w inne dni i święta, a w wieczór wigilijny robi nam się bardzo smutno, jeśli nie zasiądziemy z innymi do stołu. Nie chcemy znaleźć się poza orbitą wpólnego świętowania.

W ważnych chwilach Polacy potrafią się jednoczyć i zapominać o niesnaskach. Choćby tylko na chwilę, ale zawsze to lepsze niż nic. Tak dzieje się często podczas łamania się opłatkiem. W domach rodzinnych niektórzy zdobywają się na heroizm. (Bo opłatki „służbowe” wyglądają już inaczej – można łatwiej przywdziać odpowiednią maskę).Nawet jeśli w ciągu roku różnie między nami bywało – jak to w życiu – z załzawionymi oczami lub drżącym głosem wyduszamy z siebie chociaż kilka słów życzliwości i przebaczenia. Pękają  różne mury, musimy, a przynajmniej staramy się, spojrzeć sobie w oczy, przełamujemy urazy, zażenowanie i milczenie.

Od dziesięciu lat wieczerzę wigilijną przeżywam w gronie współbraci zakonnych. Nie różni się ona zbytnio od tej w domu rodzinnym: drobne prezenty, kolędy, opłatek, tradycyjne dania, a przede wszystkim możliwość dłuższej rozmowy  przy stole. W dużym domu (jak chociażby w Warszawie), w którym mieszka 70 zakonników, nieraz, o dziwo, dopiero wigilia stwarza okazję lepszego zapoznania się. Nasze życzenia bywają stereotypowe. Ale zdarzają się też perełki, które zaskakują. Dowiaduję się nagle, co ktoś rzeczywiście o mnie myśli. Wcześniej coś blokowało, aby wypowiedzieć te parę słów. Często jest to miłe zaskoczenie. Dlaczego tak się dzieje? Czy te gesty i zwyczaje czerpią siłę wyłącznie z samej tradycji? Sądzę, że nie.

Lubimy atmosferę Bożego Narodzenia.Te święta dobrze nam się kojarzą. W przeciwieństwie do Wielkiejnocy, która przywodzi na myśl cierpienie i śmierć, betlejemska stajenka wzbudza  pozytywne uczucia. Narodzenie Chrystusa to nie tylko objawienie Boga, ale także człowieka. Tego przez duże „c”. Jeśli Bóg, jak wierzą chrześcijanie, zechciał wyrazić siebie w skończonej postaci człowieka, a nie anioła, czy innej istoty to znak, że człowieczeństwo samo w sobie ma ogromną wartość. Pojawienie się na ziemi Jezusa z Nazaretu przekonuje nas, że nie jesteśmy sierotami, mieszkającymi na „malutkiej gwieździe zawieszonej w pustce” (Miłosz). Nie jesteśmy ubocznym produktem ewolucji ani wykwitem zagadki życia. Nie błąkamy się bez celu w przerażających i nieogarnionych przestworzach kosmosu. Nie zmagamy się z siłami ślepego przeznaczenia. Istniejemy dzięki temu, że Bogu na nas zależy. 

Widok dziecka w ramionach matki i ojca wprowadza nas na chwilę w inny świat, świat naszych tęsknot. Tak to już jest z człowiekiem, że nie zawsze potrafi nazwać to, czego pragnie i szuka. Czasem wstydzi się przyznać do swoich dążeń i marzeń. To właśnie niemowlę porusza w nas utajone pragnienie życia, przysypane zwałami skończoności, z którą ścieramy się na co dzień aż nazbyt często.Urzeka nas prostota i pokój w konfrontacji z codziennym kieratem obowiązków, wewnętrznym chaosem czy presją społecznych uwarunkowań. Pociąga wizja wspólnoty, stępiając ostrze lęku przed wykluczeniem, marginalizacją i osamotnieniem. Cieszą prezenty, które w dobie „wyścigu szczurów”, produktywności i dyspozycyjności na zawołanie, podkreślają, że warci jesteśmy uwagi ze względu na nas samych. W głębi serca chcemy być obdarowywani po prostu za nic, a nie tylko za zasługi, osiągnięcia i sukcesy. Chcemy być zauważani jako ludzie, a nie tylko jako funkcjonariusze, osoby pełniące stanowiska, pracownicy za 4,50 zł na godzinę, czy wówczas, kiedy wychodzimy ze skóry, by zadowolić innych.   

Właśnie te pragnienia odżywają w Wigilię ze zdwojoną mocą, niosąc w sobie wieść po ludzku niewyobrażalną:  wszechmoc Boga objawia się w tym, że może stać się kimś małym i niezauważalnym. Bez wielkiego rozgłosu, bez blichtru, bez medialnych fleszy. Wierzyć w wielkiego Boga, który kiedyś ma przyjść albo takiego, który żyje w tryskających słodyczą niebiosach to nic trudnego. Ale nowina o Bogu obecnym “tu i teraz”, może nas nie tylko gorszyć, ale też odstraszać. Już w II wieku poganin Celsus pokpiwał sobie: “Syn Boży człowiekiem, który żył niewiele lat temu? Jeden z tych wczorajszych czy przedwczorajszych? Człowiek zrodzony w zakątku Judei z ubogiej prządki?” Akceptacja tego, że Nieskończony pozwala się zamknąć w niepozorności i prostocie, kłóci się z naszymi wyobrażeniami. Bóg potężny, pełen glorii i majestatu,  który nie miesza się w nasze sprawy, jest dla nas o wiele wygodniejszy. 

A jednak z tej trudnej do pojęcia prawdy wypływa taki oto wniosek: sprawy boskie i ludzkie nie wykluczają się. Raczej idą ze sobą w parze. Bóg żyje pośrodku naszych rozterek i radości. Także tych najmniejszych i niepozornych. Wychowywanie dzieci, praca, gotowanie czy sprzątanie nie są zajęciami mniej boskimi niż modlitwa czy przesiadywanie w kościele. Co więcej, nasz świat nie jest  poletkiem eksperymentalnym ani teatrem cieni, w którym odgrywamy nasze małoznaczące role. Trochę serio, trochę na niby. Jeśli wieczność splotła się nierozerwalnie z czasem, to już dzisiaj przez słowa i czyny wykuwamy kształt naszej przyszłości. Życie nie jest zabawą ani testem próbnym. Kto z nas nie  pragnie, aby jego trud i owoce pracy zostały ocalone, aby nie rozpłynęły się w jakiejś nicości? Czy nie chcemy, aby to wszystko zmierzało ku czemuś ważnemu, aby zostało przyjęte, aby trwało? Narodzenie Boga w ludzkim ciele daje nam taką gwarancję, bo On już nigdy z człowieka nie zrezygnuje. Dlatego i nam wciąż zależy na świętach, nawet jeśli przeczuwamy tę radosną nowinę.nieudolnie, po ludzku, komercyjnie.

Tekst ukazał się w opolskiej edycji “Gazety Wyborczej”