Kto z nas nie chce mieć udanego życia? Któryż zdrowo myślący człowiek chciałby kiedyś usłyszeć, że zmarnotrawił swoje życie, że rozminął się ze swoim przeznaczeniem? Pewnie nikt. To znak, że nadal tęsknimy.

Dzisiejsze czytania kierują naszą uwagę ku przyszłości. Jesteśmy istotami, które wypatrują. Wciąż czegoś wyczekujemy. Najpierw, że coś zmieni się w nas, że będziemy lepiej wykształceni, że będziemy robić to, co naprawdę lubimy, że przezwyciężymy dręczące nas cierpienie, że będziemy mogli bardziej zaufać innym itd. Następnie oczekujemy czegoś wokół nas: że szef w pracy zmieni swoje podejście, że nie trzeba będzie wyjeżdżać za granicę, aby dobrze zarobić, że nasz trud będzie doceniony. W końcu oczekujemy na spotkanie, podczas którego żona w końcu zauważy troskę męża o nią lub na odwrót albo że ktoś zdobędzie się na odwagę, aby powiedzieć, co czuje i myśli o nas albo po prostu przyjdzie nas odwiedzić i porozmawiać.

Zauważmy, że na co dzień większość z nas spodziewa się jakiegoś dobra. Nie chcemy, żeby spotykało nas zło. Nie tęsknimy za kataklizmami, chaosem i pustką. Tęsknimy za spełnieniem. 

Ale na tej drodze napotykamy przeszkody. Głównie są to: śmierć, zło i fatum – los. Śmierć w naszym życiu to bariery, których nie możemy przekroczyć, przemijanie, starzenie się. Zło? Niepowodzenia, nieszczęścia, niesprawiedliwość, grzech. Fatum? To każda bezradność i bezsilność, która przeciwstawia się moim pragnieniom i wysiłkom. To tak częsty brak odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego tak się stało?” Czy nam naprawdę z tym wszystkim jest dobrze? Czy możemy przejść obok tych doświadczeń?

Co wobec tego Bóg ma nam do zaoferowania? W pierwszym czytaniu obiecuje zbawienie i bezpieczeństwo. I to w sytuacji, gdy Izrael jest w niewoli babilońskiej, a Jerozolima leży w gruzach. Ktoś mógłby powiedzieć, tania pociecha dla małych dzieci. Zapowiada, że przyjdzie potomek Dawida – narodzi się nowe życie. Jezus także zapowiada odkupienie, każe podnieść głowę do góry. Ale jak w naszym życiu podnosić głowę do góry, skoro zawsze znajdzie się powód, żeby zwieszać głowę w dół? Bo jak tu nie chodzić smutnym, jeśli wizja niepewnego jutra przeraża kogoś za każdym razem, kiedy kładzie się spać; jeśli ktoś nie wie, czy będzie w stanie zapewnić sobie i dzieciom godziwą przyszłość; jeśli nie może poradzić sobie z własną słabością czy nałogiem, jeśli odczuwa, że zmiana miejsca niekoniecznie zmienia jego samego, jeśli ktoś od lat stoi na rozstajach życiowych dróg i nie wie, w którą stronę się udać? 

Tak czy owak życie staje się nieznośne, jeśli stale spodziewamy się tylko tego, co najgorsze, jeśli siejemy defetyzm, jeśli koncentrujemy się tylko na brakach i obawach.
Dzisiaj rozpoczynamy Adwent czyli przyjście Boga. Adwent jest też początkiem następnego etapu w życiu. Jest naszą kolejną szansą. I oto słyszymy jakieś dziwne słowa: „zbawienie”, „odkupienie”, które wyszły dziś z obiegu i stają się pustym frazesem. Zbawienie jest uwolnieniem od czegoś. Ktoś jest zamknięty w lochu, przykuty łańcuchami, nie ma wody i jedzenia. Nie może się ruszyć. Umiera powoli. I nagle przychodzi ktoś, otwiera drzwi, rozrywa pęta, poi i karmi, wy-bawia go. Ktoś może stanąć na nogi. W tym sensie mówimy, że Chrystus uwalnia nas od wpływu grzechu, od zła, od fatum. Zło i grzech sprawia, że człowiek marnieje w takiej ciemnej piwnicy, nie może być twórczy, nie może wykonać żadnego ruchu. 

Ale zbawienie ma także pozytywny charakter. „Zbawić” to doprowadzić kogoś do samego końca, uchronić go, umożliwić mu spełnienie. Tutaj można porównać człowieka do owocującej rośliny, która się podlewa, okopuje, nawozi, chroni i dogląda. Przeznaczeniem człowieka jest jego rozkwit, a nie zatrzymanie się na etapie wsianego ziarna. Bóg mówi: daję ci dzisiaj kolejną szansę na rozwój, zrobienie kroku do przodu, na owocowanie. Cały nadchodzący rok liturgiczny ma temu służyć, żeby coś się w nas zmieniło, żeby bujniej rozwinęły się nasze talenty i zdolność do kochania. Na tym też polega zbawienie. Jak to czynić?

Jezus mówi jeszcze raz: trzeba nabrać ducha, który być może za bardzo się z nas „ulotnił”. Ten duch to pozytywne myślenie i nadzieja na lepsze jutro. Po drugie, należy podnieść głowę do góry, zmienić kierunek patrzenia. Na dole jest tylko ziemia i pył. Żeby doświadczyć przemiany muszę spojrzeć najpierw na drugiego człowieka, który stoi obok mnie: żona, mąż, dzieci czekające na rodziców, kolega, przyjaciel, wyczuć ich potrzeby i pragnienia, a wtedy zobaczę także Boga, wtedy doświadczę zbawienia, wtedy i ja poczuję się wolniejszy.

Dzisiaj jezuici świętują 500 lecie urodzin św. Franciszka Ksawerego. Właśnie on, bardzo ambitny, początkowo roztrzepany i rozhukany młodzieniec, tak bardzo przejął się tym, że wielu ludzi żyje w piwnicy grzechu i wskutek tego nie mogą się rozwinąć i osiągnąć swego spełnienia, że pojechał na kraniec ówczesnego świata do Indii i Chin, aby przynieść im Chrystusa. Przejął się bardzo spotkaniem ze św. Ignacym Loyolą i Ćwiczeniami Duchownymi. Te rekolekcje i spotkanie z Chrystusem przeobraziły jego ambicje i karierowiczostwo w pragnienia. Ambicje to płonąca słoma. Pragnienia to żar w sercu. 

Wczoraj właśnie ku czci św. Franciszka wręczyliśmy czterem osobom statuetki „Żar Serca”. Ta nagroda ma nas przekonać, że zbawienie to nie jest mrzonka, że istnieją ludzie, którzy w różny sposób teraz dążą do spełnienia, którzy tu na ziemi patrzą na innych, rozglądają się wokół, widzą słabości i zło, ale się nie załamują, lecz działają. Są hojni, bezinteresowni, pomagają dzieciom i starszym w potrzebie, potrafią słuchać i zaufać, potrafią być wytrwali i konsekwentni w działaniu, cenią dane słowo, nie myślą tylko o sobie. To jest ich spełnienie. Ich czuwanie. Do tego kolejny raz zaprasza nas dzisiaj Bóg.