Po raz kolejny szliśmy za krzyżem po miasteczku akademickim. Jest coś niezwykłego w tej formie pobożności. Co roku gromadzi setki wiernych,  ale „wyciąga” także tych, którzy nie cierpią krzyża; grupki pijanych, młodych ludzi, którzy krzyczą i złorzeczą prowokując reakcje. Tym razem, tak jak rok temu, nikt się nie dał sprowokować. Ponieważ było zimniej niż w ubiegłym roku, grupki krzykaczy były mniejsze i jakby bardziej nieśmiałe w rzucaniu inwektyw. Podczas wnoszenia krzyża na stopień boiska większość z siedzących tam studentów poczęło pierzchać zostawiając niedopite w butelkach piwo. Zostały jednostki pozbawione oparcia grupy. Z ich ust słychać było tylko mało wyartykułowane dźwięki, „mamrolenie” pod nosem bez głębszej konotacji werbalnej.

Po raz kolejny uświadomiłem sobie, iż nie da się pozostać obojętnym wobec krzyża. W swoim radykalizmie, krzyż budzi reakcje, domaga się określonej postawy. Mogę go przyjąć, mogę znienawidzić ale nie mogę wobec niego pozostać obojętnym. Ostatnie dyskusje domagające się usunięcia krzyża z przestrzeni publicznej pokazują jak bardzo krzyż prowokuje do określenia siebie, własnego światopoglądu religijnego, własnego człowieczeństwa. Nie może pozostać obojętnym ten, kto spojrzał na krzyż. Krzyż jest sprawdzianem naszego humanizmu, miarą inteligencji duchowej i kultury osobistej. Pod Krzyżem Chrystusa stali, oraz za krzyżem Chrystusa szli ludzie o bardzo zróżnicowanych charakterach. Ta różnorodność była tak ogromna, że każdy z nas może się tam odnaleźć. Na drodze krzyżowej jest miejsce dla każdego z nas. Wolno na niej być tym, którzy z miłości towarzyszą Chrystusowi w Jego agonii ale wolno także być tym, którzy plują mu w twarz i wołają „Ukrzyżuj!”. Zupełnie jak 2 tysiące lat temu. Czyż nie tak? Zmieniły się czasy ale nie zmienił się człowiek.

Ci co spojrzeli na krzyż uciekli, ci co zostali nie mieli odwagi by na niego spojrzeć. W momencie kiedy patrzę na krzyż, nagi i brutalny w swojej prawdzie, znika wszelka ideologia. Nie można się już skryć za fasadą instytucjonalnej religii, za cynizmem ateistycznych proroków bądź zasłoną wyrafinowanej, stoickiej apatii. „A wy za kogo mnie uważacie?”. Jasne pytanie domagające się jasnej odpowiedzi. Krzyż Chrystusa woła donośnym głosem, że Bóg ukochał człowieka, ale człowiek nie mógł tej miłości znieść, dlatego w szaleństwie grzechu wbił mu gwoździe w ręce i nogi, przeorał jego serce włócznią, wyszydził Go i opluł. „Human being cannot bear to much reality”, zwykł mawiać T.S Eliot. Miłość Boga nas przerosła i nie mogliśmy sobie z nią poradzić.

Krzyż konfrontuje nas z tajemnicą miłości Boga, wobec której można albo krzyczeć z radości albo popaść w obłęd rozpaczy. Wszystko zależy od głębokości naszego serca i od łaski nieskończonego Boga.