Jak człowiekowi współczesnemu, zanurzonemu po uszy w doczesności mówić o innym wymiarze życia, niematerialnym, ponadczasowym, wiecznym? Istotnie nie jest to łatwe zadanie. Im bardziej gonimy za tym co związane jest z materialną strona naszej egzystencji , tym bardziej zmartwychwstanie staje się odległą, abstrakcyjną czy wręcz nierealną perspektywą. Poza tym ciągle w tym świecie doświadczamy kruchości naszej egzystencji, słabości i grzechu, które w mniej lub bardziej dotkliwy sposób zmuszają nas do postawienia pytania o zmartwychwstanie i życie, które głoszone jest przez kościół niestrudzenie od 2 tys. Lat.

Przyjrzyjmy się najpierw temu czym zmartwychwstanie nie jest? Najpierw zmartwychwstanie Chrystusa nie oznacza dla nas raju na ziemi, nie oznacza życia wolnego od cierpienia. Jeśli jak sama nazwa mówi jest to powstanie z martwych, to poprzedza je śmierć. Nie jest możliwe zmartwychwstanie bez uprzedniego przejścia przez śmierć. Podobnie jak Chrystus musimy przejść przez śmierć by mieć udział w Boskim życiu. To przechodzenie przez śmierć dokonuje się już tutaj na ziemi. Zmartwychwstanie nie jest także wskrzeszeniem zwłok. Zmartwychwstanie Jezusa jest radykalnie inne od wskrzeszenia Łazarza czy córki Jaira. Oni musieli po raz kolejny umrzeć, Chrystus zaś po zmartwychwstaniu już więcej nie umiera, śmierć nie ma nad nim władzy.

Zmartwychwstanie jest zupełnie nową, niepojętą rzeczywistością. Jest w zmartwychwstaniu Jezusa ukryta podobna dynamika jak we wcieleniu. Uderza w nim niezwykła delikatność Boga. Zmartwychwstały Pan nie wchodzi na siłę w życie ludzi. Choć po ludzku patrząc oczekiwalibyśmy hollywoodzkiego scenariusza, powrotu bohatera, który obala na kolana swoich przeciwników albo najlepiej wycina ich w pień i sadza na tronie sprawiedliwych i pokornych. Sam się na podobnym myśleniu złapałem oglądając ostatnio film „Pasja”. Jest tam scena w której po zmartwychwstaniu ziemia zaczyna się trząść a zasłona w przybytku pańskim pęka na pół. Jest w tej scenie pewna nonszalancja,  która pozwala choć na chwilę nasycić się widokiem zatrwożonych faryzeuszów i uczonych w prawie. Nie sądzę jednak aby Bóg chciał poniżyć i w ten sposób ukarać przeciwników swojego syna. Jeśli zasłona przybytku rozdarła się na połowę to bynajmniej nie dlatego, że Bóg chciał wystraszyć tych podłych faryzeuszów i odegrać się na nich za śmierć swego syna. Teologowie mówią zgodnie, iż to rozdarcie zasłony otwiera przystęp do Boga każdemu, nie tylko uprzywilejowanej kaście faryzeuszów. Przez otwarte na krzyżu serce Jezusa wszyscy mamy przystęp do Ojca. Bóg z miłością przygarnia każdego i czyni to w sposób nieuwarunkowany wcześniejszym składaniem ofiar z baranów i koźląt.

Podobnie jak podczas wcielenia, kiedy Bóg przyszedł na ziemię w postaci bezbronnego dzieciątka, w którym jedni rozpoznali Boga a inni nie, tak samo w zmartwychwstaniu Pana, to co staje przed nami to pusty grób wobec którego możemy zająć różnoraką postawę. Dla jednych to wystarcza, dla innych nie, jedni uznają Chrystusa zmartwychwstałego, inni nie. Nawet apostołowie nie pojmują tajemnicy pustego grobu.

Wszyscy Ewangeliści są jednak zgodni w tym, że zmartwychwstałego Pana doświadczają najpierw osoby, które kochały go szczerze, towarzysząc mu w jego ziemskim życiu. W dzisiejszej Ewangelii, to Maria Magdalena pierwsza widzi pusty grób. To z niej według przekazu tradycji Jezus wyrzucił siedem złych duchów. Ponieważ przebaczone zostały jej liczne grzechy, dlatego bardzo umiłowała. Także umiłowany uczeń Jan, przed Piotrem wyraża wiarę w zmartwychwstałego Pana, gdyż on jak mówi pismo był owym umiłowanym uczniem Pana, który podczas ostatniej wieczerzy spoczywał najbliżej Jego serca.

Zmartwychwstałego Chrystusa mogą doświadczyć tylko ci, którzy go kochają. Miłość chce i może być poznana tylko przez wzrok przeniknięty miłością. Taki wzrok jest delikatny i czuły, zdolny dostrzec i rozpoznać obecność Umiłowanego. Hugo od św. Wiktora powie, że „miłość jest okiem”, które pozwala widzieć dalej i wyraźniej przekraczając tym samym wszelkie inne sposoby percepcji rzeczywistości. Kiedyś rozmawiałem z młodym człowiekiem, który zakochany powiedział „ojcze ja tak kocham Asię, że kiedy patrzę w niebo, to nawet chmury układają mi się na kształt serca”. Dla kogoś, kto kocha, cała rzeczywistość mówi o miłości, bo jest ona w swojej istocie pomostem wyrażającym miłość Stwórcy do swojego stworzenia.

Bóg chce być poznany przez miłość. Nic więc dziwnego, że najgłębsza teologia pisana przez największych myślicieli świata chrześcijańskiego była pisana na kolanach. Miłość otwiera głębokości Boga samego i bezpiecznie nas ku nim prowadzi. Miłość czyni pokornymi nasze serca, wyczula na transcendencje i pozwala skierować wzrok ku perspektywie wieczności. Miłość Chrystusa Zmartwychwstałego jest lekarstwem dla wyjałowionych przez troski doczesne serc ludzkich. Zmartwychwstanie Chrystusa przypomina nam o tym kim jesteśmy i gdzie jest nasze miejsce. Jeśli brzmi ono dla nas zbyt abstrakcyjnie to być może dlatego, że nasz wzrok zbyt często zamiast patrzeć w górę uwięziony jest naznaczonej przemijaniem doczesności.