W kontekście tragedii prezydenckiego samolotu oraz tragicznej śmierci elity politycznej naszego kraju, sytuacja w jakiej się znaleźliśmy domaga się pewnej refleksji. Refleksja ta wydaje się potrzebna, gdyż to co wydarzyło się pod Smoleńskiem jest nie tylko tragedią dla Polski oraz rodzin tragicznie zmarłych, ale wydarzeniem, które skłania do postawienia pytań o nasz styl przeżywania wydarzeń tragicznych

Jest rzeczą oczywistą, że człowiek ma potrzebę wyrażenia smutku i bólu po starcie osób bliskich. Żałoba jest nam potrzebna abyśmy mogli wypowiedzieć cierpienie które w nas jest i które domaga się wyrażenia w postaci różnorakich symboli, znaków i gestów. W Irlandii przy parafiach powstają tzw. mourning groups, skupiające osoby, którym nie dano czasu na opłakanie swoich bliskich. Dziś na pogrzebie nie ma czasu by płakać. Ciało zaraz po śmierci przewiezione zostaje do cmentarnej kaplicy bądź domu pogrzebowego a tam wszystko jest tak „profesjonalnie sterylne” że nie wypada płakać. Po powrocie do Polski ciała państwa Kaczyńskich przewiezione zostały wprost do Belwederu, gdzie dzień i noc trzymana była warta honorowa. Serdecznie współczuję najbliższej rodzinie prezydenta, która przeżywać musiała swój żal po stracie najbliższych w blasku fleszy i kamer. Pamiętam, kiedy zmarł mój ojciec, przez dwa dni ciało zmarłego było w domu rodzinnym. Mogliśmy wtedy z całą rodziną wspominać, modlić się i płakać . To było bardzo potrzebne i oczyszczające.

 Im szybciej chowamy zmarłych, tym szybciej dociera do nam brutalna prawda o ich nieobecności. Pozostaje w sercu niewyrażony ból, nieprzespane noce i koszmarne myśli, które nie pozwalają na spokojny sen. Prawdziwa żałoba ma miejsce wtedy, kiedy istniejące w nas cierpienie i ból domagają się formy wyrazu. Jestem w żałobie ponieważ cierpię i boli mnie utrata osoby bądź osób, które znałem i kochałem. Trudno zatem wymagać od kogokolwiek smutku, jeśli ten ktoś tego smutku nie czuje. Bo niby jak ma wyrazić coś czego nie posiada? W takiej sytuacji udawanie czegokolwiek jest formą hipokryzji i zgody na nieprawdę tego co wyrażam z moją postawą wewnętrzną. To bowiem, co wyrażam na zewnątrz ma się nijak do tego co odczuwam w sercu. W tym znaczeniu żałoba nie ma w sobie nic z elementu racjonalnego. Nie da się jej zaaplikować każdemu, określić w szczegółach, nie da się jej nawet zaplanować bo jak pokazuje katastrofa pod Smoleńskiem, wydarzenia tragiczne mają charakter nagły i niespodziewany.

Żałoba jest czymś bardzo osobistym. Smutku i żalu nie da się generować medialnie. Wszelkie próby „wyciągania” z człowieka żalu są zamachem na jego wolność i formą socjo-manipulacji. Mogą one przybierać także formę mniej lub bardziej uświadomionej psycho-manipulacji. Ludzie mogą być wobec siebie bezlitośnie złośliwi, tylko dlatego, że czyjś sposób przeżywania żałoby może komuś nie odpowiadać bądź odstawać od narzuconego medialnie standardu.  Dzień po wypadku samolotu prezydenckiego jadąc samochodem usłyszałem przez CB radio dyskusję kilku „kolegów”, którzy obrzucali siebie inwektywami, tylko dlatego, że jeden z nich zawiesił czarny kir na antenie swojego tira a drugi nie. Jak mógł tego nie zrobić, przecież to jest oczywiste, że powinien!  Media skutecznie nakręcają nastroje. Mówią ludziom, co mają czuć, jak wyrażać swoje uczucia oraz jak długo je wyrażać.

Cel jest jeden – wywołać falę, która niczym fala Tsunami porwie każdego kto znajdzie się na jej drodze, bez względu na to czy tego chce czy nie. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie studentka z OU, oznajmiając że potrzebny jest ksiądz, bo na miasteczku akademickim studenci chcą zapalić światła w akademiku w kształcie krzyża. Znakomity pomysł, wręcz apogeum studenckiej kreatywności i głębi przeżywanego żalu, tylko że do zapalenia świateł bardziej potrzebny jest elektryk niż ksiądz. W tym samym akademiku w chwilę potem słychać było oznaki pikantnej studenckiej imprezy, na której być może ci sami ludzie, którzy przed chwilą palili światła w kształcie krzyża, dawali wyraz istniejącego w nich żalu po stracie elity politycznej Polski. Wprawdzie w naszej tradycji jest coś takiego jak stypa, ale z tego co wiem, ma ona miejsce po pochówku zmarłych a nie przed.

Styl w ten sposób przeżywanej żałoby porównać można do chętnie opowiadanej przez ojców pustyni historii o psie, który ujadając biegnie za zającem. Słysząc szczekanie, pozostałe psy dołączają się do pościgu i biegną przez jakiś czas ale bardzo szybko zniechęcają się i odpadają bo nie widzą celu swojego biegu. Biegnie do końca tylko ten pies, który widzi zająca. Tylko jego szczekanie ma sens bo odpowiada prawdziwie temu, co ten pies w swoim psim sercu czuje. Porównanie być może nieco gruboskórne ale trudno wyrazić dosadniej istotę powierzchownie przeżywanego żalu, który nie ma nic wspólnego z prawdziwą żałobą.

Przeżywana w ostatnich dniach żałoba narodowa, ujawniła wiele pięknych i autentycznych postaw żalu i głębokiego współczucia rodzinom tragicznie zmarłych; ale pokazała także dużo emocjonalnego ekshibicjonizmu Polaków, bigoterii oraz postaw nieautentycznych i powierzchownych. Był to swoisty sprawdzian autentyczności naszych postaw. Być może warto pomyśleć nad naszym stylem przeżywania tragedii narodowych i wyciągnąć wnioski na przyszłość tak by bolesne doświadczenia z historii  były okazją do pogłębionej refleksji bardziej niż krótkotrwałych doznań i tanich uniesień.