W ubiegły wtorek doświadczyłem podczas eucharystii akademickiej dwóch kościołów w jednym kościele. Było widać jak na dłoni kościół wspólnotowy i instytucjonalny. Wspólnotowy zgromadzony w jednym rzędzie ławek, ludzi z duszpasterstwa, rozśpiewanych z uśmiechem na twarzy oraz po drugiej stronie kościół ludzi „śmiertelnie poważnych”, siedzących w bezpiecznej odległości od siebie, mocno zdystansowanych do tego co się wokół nich działo. To jest tzw. prywatne przeżywanie religijności; przeżywam tak jak chcę moja relację z „moim Jezusem” a innym nic do tego. To fajnie brzmi, tylko zupełnie nie po chrześcijańsku. Nie było i nie ma Chrześcijaństwa bez wspólnoty a Jezus nie chce być „sprywatyzowany” i zamknięty do zakrystii ludzkich serc . Ze swej natury Bóg jest wspólnotą i tylko we wspólnocie chce działać. W Ewangelii Chrystus porównuje kościół do owczarni a siebie do dobrego pasterza, który szuka samotnych owiec by je z powrotem do wspólnoty wprowadzić. Owca, która jest poza stadem narażona jest na ataki wilka, który czyha by ją pożreć. Człowiek, który nie ma oparcia we wspólnocie narażony jest na pokusy świata, którym nie jest w stanie się oprzeć. Niestety kościół w Polsce w przeważającej mierze jest kościołem instytucjonalnym, kościołem religijnych outsiderów, którzy raz w tygodniu zapalą Bogu kadzidełko i myślą że jest ok. Ale nie jest ok. Religijność prywatna bardzo szybko staje się nie do zniesienia. Taka religijność męczy i nie daje życia; co najwyżej na chwilę uspokaja sumienie, bo jak się bożkowi zapaliło kadzidełko to taki bożek nie będzie się gniewał a przynajmniej nie będzie szkodził i kto wie może nawet będzie bardziej skory by dać mi to czego chcę. Pogaństwo w najczystszej postaci.
Religijność prywatna jest też bezpieczna, bo jak jestem anonimowy to mogę sobie pozwolić na kompromisy moralne i nikt mi nie zarzuci, że jestem hipokrytą. Wspólnota chroni przed kompromisami bo inni wiedzą o mnie że wierzę i nie mogę pozwolić sobie na działanie destrukcyjne i grzeszne. To jest tak, jak w związku sakramentalnym. Obrączka zobowiązuje. Poza tym wspólnota modli się za mnie i oczekuje ode mnie świadectwa, czytelnego znaku przynależności do Chrystusa, a jak się zadeklaruję to muszę od siebie wymagać. Jeśli chcę przeżywać poważnie moja wiarę, to nie mogę tego zrobić sam, nie mogę postawić siebie poza wspólnotą. Ktoś powie, przecież ja jestem we wspólnocie, bo chodzę w niedzielę do kościoła. Nic z tego. Nie chodzi tu o wspólnotę tzw. niedzielnych, deklaratywnych chrześcijan ale o żywą wspólnotę ludzi żyjących Chrystusem, dzielących się doświadczeniem wiary. Pan Jezus chce mieć rozgrzanych chrześcijan. W Apokalipsie mówi „obyś był zimny albo gorący a ponieważ ani zimny ani gorący nie jesteś, wypluje cię z moich ust”. Pytanie do nas, czy mogę zrobić coś więcej by wyjść poza ramy „prywatnej” religijności?  Czy mam pragnienie, by w ramach wielkiej instytucjonalnej religii przynależeć do mniejszych wspólnot, które dają okazję by duchowo żyć?