Jakże bardzo zdziwiony musiał być Jan Chrzciciel, kiedy pośród tłumów przychodzących do chrztu ujrzał Jezusa. Ten, któremu przygotowywał drogi w sercach ludzkich, przychodzi i staje w kolejce ze wszystkimi by przyjąć chrzest.

„To ja potrzebuję chrztu od ciebie a ty przychodzisz do mnie”. Jan wie kim jest Jezus i wie, że staje w obliczu niezwykłej tajemnicy Bożego Syna, który przez chrzest wchodzi w sam środek ludzkiego grzechu. To co mnie najbardziej zdumiewa w tym fragmencie Ewangelii, to jasność Jezusa w podjęciu powierzonej mu przez Ojca misji. Od samego początku publicznej działalności Jezusa, jasnym staje się fakt, że istotą Jego misji jest wyzwolenie człowieka z niewoli grzechu.

Największym nieszczęściem człowieka jest grzech, czyli radykalne odwrócenie się od miłości Boga i skierowanie ku rozpaczy, samotności i śmierci. Jezus zatem przychodzi by wyrwać nas z niewoli grzechu. Broń nas Boże przed upatrywaniem  istoty misji Jezusa w Jego proroczych oracjach, znakach i cudach, czy nawet wskrzeszaniu zmarłych do życia. Jakkolwiek imponujące mogą to być czyny, to jednak istota misji Jezusa leży w zupełnie czymś innym. Bardziej w krzyżu, pokornym poddaniu się woli Ojca i śmierci z rąk grzeszników,  niż w hollywoodzkiej spektakularności. Szczególnie w dzisiejszym świecie, w którym usiłuje się Jezusa sprowadzić do roli jednego z przywódców religijnych, proroków i oświeconych guru, trzeba nam głęboko wziąć sobie do serca prawdę, że misją Jezusa jest wyrwanie człowieka z rąk diabła, śmierci i grzechu. Nikt nie jest w stanie tego uczynić, żaden prorok, żaden oświecony guru, tylko Syn Boży.

Od samego początku Ewangelista Jan pokazuje Jezusa jako zbawcę, Baranka Bożego, który zanurzając się w brudnych wodach Jordanu bierze na siebie zostawione tam grzechy ludzkie.  W ten sposób Jezus solidaryzuje się z nami w tym, co dla nas  najbardziej upokarzające. Przychodzi do grzeszników i tych, którzy się źle mają i bierze na siebie ich największe nieszczęścia. „A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody” – pisze Jan Ewangelista. Jezus natychmiast wyszedł z wody, gdyż będąc Barankiem bez skazy, Świętością ze Świętości, nie miał grzechów, które obciążałyby Jego sumienie i wymagały wyznania. Jezus szybko wyszedł z wody, by szybko rozpocząć swoją misję i jak najszybciej ją skończyć. Ewangelia pokazuje nam jak bardzo Jezus był zorientowany na wypełnienie powierzonej mu przez Ojca misji. Ewangelista Marek wprost mówi o tym, że tak szybko zmierzał Jezus do Jerozolimy, że uczniowie nie mogli za nim nadążyć. W Jerozolimie bowiem w/g zapowiedzi proroków miał zostać stoczony ostateczny bój Chrystusa z Szatanem oraz wyrwanie człowieka z rąk śmierci.

W momencie przyjęcia na siebie grzechów ludzkich, Jezus zostaje przyjęty przez Ojca a w nim każdy człowiek zostaje objęty serdecznym współczuciem Boga. „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Ojciec i Duch potwierdzają misję Jezusa i w ten sposób cała Trójca wchodzi w historię wyzwolenia człowieka. Misja Jezusa Chrystusa jest jednocześnie misją Ojca i Ducha. Jezus działa w mocy Ducha a Ojciec potwierdza prawdziwość i życiodajność Jezusowego posłania. Na górze Tabor, tuż przed wydarzeniami paschalnymi, Ojciec raz jeszcze powtórzy słowa wypowiedziane nad Jordanem „to jest mój Syn umiłowany w którym mam upodobanie” i doda „ Jego słuchajcie”.

„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał Bóg do ojców naszych a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” – przypomina św. Paweł w liście do Hebrajczyków. Bóg przemówił do nas przez Jezusa i chce byśmy Go w Jezusie słuchali. By słuchać Boga w Jezusie, potrzeba z naszej strony wiary, że Jezus jest Tym w którym Ojciec wypowiedział swoje ostateczne „Tak” dla człowieka.  Czy mam taką wiarę?