Zapraszam do przeczytania nadesłanego świadectwa Asi po 2. tygodniu rekolekcji Ignacjańskich. Dobry Bóg sprawia, że w ostatnim czasie wiele osób z naszego duszpasterstwa odprawiło ćwiczenia. Życzę więc miłej lektury i oczywiście zapraszam na ignacjańskie rekolekcje w ciszy, do naszych domów rekolekcyjnych http://rekolekcje.vel.pl/

Świadectwo

Zbliżał się czas rekolekcji… Bardzo się cieszyłam na to największe, miłosne spotkanie. Ogromny pokój  i tęsknota za Tobą przeszywały moje serce… Jednak na parę dni przed rozpoczęciem tego wymarzonego czasu zaczęły pojawiać się wątpliwości… Trudne i dość nieoczekiwane wydarzenia ciągnęły moje serce w drugą stronę. Nie czułam też Twojej bliskości, takiego zabieganie o mnie, miałam wrażenie, że nie zależy Ci na tym, abym przyjechała na „Górkę”. Mówiłam Ci, co czuję, pytałam Cię, co mam zrobić… Zapytałeś mnie, co jest na dnie mojego serca. Odpowiedziałam, że pragnienie spotkania z Tobą. Powiedziałeś, że już mam odpowiedź na moje pytanie, że czekasz na mnie, że cokolwiek się wydarzy, będziesz przy mnie.

I tak poszłam za pragnieniem serca, choć tak do końca nie byłam o tym przekonana, czy robię właściwie, można powiedzieć, że tak trochę zaryzykowałam. Po przyjeździe na „Górkę” czułam się jakbym była nieobecna, moje serce było daleko od tego miejsca, pojawiły się zniechęcenie, smutek… Choć było ciężko, oddałam to wszystko Tobie, prosząc, bym potrafiła dobrze ten czas przeżyć.

W drugi dzień rekolekcji, gdy się obudziłam moim oczom ukazały się ośnieżone góry. Nie był to wprawdzie najpiękniejszy widok, jaki sobie wymarzyłam, no ale cóż, pomyślałam, że zawsze może być gorzej. Poszłam na spacer, by móc nacieszyć się tym widokiem i pięknym słońcem.  Próbowałam zobaczyć góry, ale słońce tak raziło, że nic nie widziałam. Bardzo się zdenerwowałam na siebie, że jadąc w góry, nie zabrałam ze sobą okularów. Próbowałam różnymi sposobami, mniej lub bardziej śmiesznymi, przechytrzyć Słońce, ale się nie udało. Chodziłam i narzekałam. W pewnym miejscu zatrzymałam się, zdziwiłam się bardzo…, bo ujrzałam piękno gór… Okazało się, że stałam w cieniu,  przez gałęzie drzew przedzierały się promienie Słońca… Pozwoliłeś mi Panie zrozumieć, że Ty dasz mi się poznać, na tyle, na ile sam zechcesz, że nie można wykraść Twojej tajemnicy, że na próżno się trudzę, by zobaczyć więcej. Szeptałeś w moim sercu, że mam być w Twoim cieniu… Na początku nie rozumiałam tych słów, ale później mi wytłumaczyłeś. Wiedziałam, że muszę zrezygnować ze swojej siły, z takiej chęci zdobywania Cię…, by mogła wypełnić mnie Twoja uzdrawiająca moc, by to Ona mogła działać w moim życiu. Tak mocno i wyraźnie powtarzałeś, że mam otworzyć swoje serce, nic nie robić, tylko pozwolić Ci działać. Też zastanawiały mnie te słowa, bo jak tu można nic nie robić, gdy cały dzień jest tak wypełniony. I choć nie było to dla mnie do końca jasne, Ty w swoim czasie wszystko wyjaśniłeś…

Uwielbiałam chodzić po ośnieżonych ścieżkach, a najbardziej stać w jednym miejscu – z zamkniętymi oczami w obliczu piękna, którym mnie otoczyłeś. Właściwie nic nie robiłam, tylko stałam, a czułam się tak bardzo przez Ciebie kochaną. Szeptałeś w sercu: „Nic, nie musisz mówić nic, odpocznij we mnie, czuj się bezpiecznie. Pozwól kochać się, miłość pragnie cię”. Niesamowite, głębokie uczucie. Nic mi nie było potrzebne, właściwie nie napływały żadne myśli, ale przy tym nie czułam pustki tylko taki dziwny, a zarazem cudowny, piękny stan upojenia Twoją Miłością. Czułam jak cała sycę się Tobą, a towarzyszył temu przeogromny pokój, taka wewnętrzna, spokojna  radość, pełnia szczęścia. Trudno opisać to słowami… Pomimo tego mojego „nicnierobienia”  miałam wrażenie, jakby coś we mnie się przemieniało, tak delikatnie, subtelnie… W czasie kontemplacji szeptałeś mi, że pragniesz bym pokochała Cię w drugim człowieku, tak samo jak rozkochałam się w Tobie ukrytym w tabernakulum, że chcesz mi Siebie dać w ludziach, których stawiasz na mojej drodze. Przypomniałeś mi wydarzenie z I tygodnia rekolekcji, kiedy to przez starszą panią dotknąłeś mojego serca, kiedy to przez bliźniego otuliłeś mnie swoją przeogromną Miłością. Podczas tych rekolekcji też mówiłeś przez osoby, z którymi dane mi było przebywać. Pewnego późnego wieczoru, gdy tak sobie rozmawialiśmy w kaplicy, podeszła do mnie pewna kobieta i podarowała mi blaszkę miedzianą z wyrytym sercem, w którym był napis: „JEZUS”. Bardzo mnie tym zaskoczyłeś, bo właśnie o tym rozmawialiśmy, a Ty tym wydarzeniem jeszcze bardziej chciałeś mnie utwierdzić w tej Twojej Miłości, która płynie do mnie przez otwarte serca ludzi. Podczas rekolekcji, w czasie kontemplacji często powracałeś do tej chwili, przypominając mi, że to byłeś Ty, że chcesz mi się dawać w drugim człowieku, że chcesz, by ta nasza relacja wzrastała, ubogacała się wszystkim, co chcesz mi przekazać przez bliźniego.

W dzień spowiedzi, wcześnie rano obudził mnie granat nieba z pięknie świecącym księżycem. Wstałam, podeszłam do okna… zamarłam, bo moim oczom ukazały się góry, które sobie wymarzyłam, a Ty w sercu szeptałeś, że to dla mnie. Później pozwoliłeś mi zrozumieć, że to Ty składasz na dnie serca te dobre pragnienia, że one wypełnią się w odpowiednim czasie, wiadomym tylko Tobie.

W sakramencie pokuty i pojednania oddałam Ci to wszystko, co mnie oddalało od Ciebie. Ojciec, u którego byłam u spowiedzi za pokutę zadał mi pewien fragment z Pisma Św. Znałam go bardzo dobrze, bo kilka razy już otrzymałam go od mojego spowiednika, ale wtedy był mi obojętny. Teraz było inaczej. Wiedziałam, że to chodzi o mnie, przyjęłam to wszystko, co mi powiedziałeś, mój Przyjacielu, choć było to trudne i bolesne…, ale doświadczyłam ogromu Twojej miłości, pokoju i ta nieprawdopodobna ulga w sercu… Na koniec tej kontemplacji wyszeptałeś: „Powiedz  ludziom, że kocham ich, że się o nich wciąż troszczę. Jeśli zeszli już z moich dróg, powiedz, że szukam ich”.

Niesamowity, piękny czas…, przez który przeprowadziłeś mnie tak bardzo spokojnie, bez powalających serce uniesień. Tak czule, delikatnie mówiłeś, o tym co jest jeszcze niepoukładane we mnie, a co chcesz przemienić, uzdrowić… Wygrzewając się w Twojej przeogromnej MIŁOŚCI ,nie bałam się otworzyć i  „nic” nie robić… oddałam Ci swoje serce. I choć wiem, że sycąc się Tobą i tak nie zdołałam się nasycić, to rodzi się we mnie nadzieja i radość, że jesteś cały dla nas, wciąż obecny, że nieustannie możemy się sycić Tobą, a Twojej MIŁOŚCI nigdy dla nikogo nie zabraknie.

Kochany Przyjacielu, spraw, bym zawsze kroczyła w Twoim cieniu, by Twoja moc wypełniała moje życie, by moje serce było wrażliwe, otwarte na Ciebie w drugim człowieku. Dodaj odwagi, bym potrafiła przekazać swoim życiem, to wszystko, o czym mi powiedziałeś.

Asia