Kilka słów od Marty po Fundamencie ĆD w Zakopanem. 

Mija już kolejny tydzień odkąd wróciłam z rekolekcji ignacjańskich i myśl o tym, aby opisać swoje refleksje z tego czasu, nie daje mi spokoju. Nie lubię słowa “świadectwo”, dlatego będę go unikać, a zapisane przeze mnie słowa przyjmą dosyć swobodną formę. Niełatwo jest przekazać myśli z tak osobistego Spotkania.

Nie jest prawdą, że nie wiedziałam, czy uda mi się pojechać na te rekolekcje. Kiedy zadzwonił ojciec Marek, aby o nich poinformować, byłam już o tym przekonana. Wszelkie uzgodnienia w pracy i dopięcie kilku spraw na uczelni było już tylko formalnością. To był najlepszy moment, aby w końcu odpowiedzieć na to zaproszenie, wyjść na przeciw pragnieniu, które pojawiło się już dawno.

Tydzień przed wyjazdem był czasem gorączkowego dopinania wszystkich spraw na ostatni guzik. Najbardziej zaskoczył mnie spokój, który temu wszystkiemu towarzyszył. Krótko przed wyjazdem pojawił się niewielki lęk, dotyczący ciszy. Zastanawiało mnie jak będę na nią reagować, czy nie będzie to zbyt bolesne i trudne. Obawy okazały się zbędne. Spokój pozostał do końca rekolekcji.

W ogóle nie przeszkadzało mi to, że nie można rozmawiać. Na ogół, gdy się gdzieś wyjeżdża zależy nam na tym, aby poznawać nowych ludzi, dyskutować z nimi na różnorodne tematy. W momencie, gdy przestaje się mówić, wyostrzają się inne zmysły – więcej można zaobserwować i usłyszeć. Nie dotyczy to tylko otoczenia, ale przede wszystkim samej siebie. “Nie grzeb w sobie, obserwuj” – radził przewodnik duchowy.

Razem z innymi uczestnikami stworzyliśmy wspólnotę, nie wiedząc o sobie nic. Brak słów pozwalał całkowicie skierować swoją uwagę na Jezusa. On był w centrum, Jemu można było poświęcić każdą swoją myśl. Podczas medytacji, czy codziennego wylegiwania się w słoneczku na polanie, zachwycając się górami i przyglądając się, jak Giewont szykuje się na atak turystów. Zupełnie jakbym była na wakacjach z Panem Bogiem. Zwykle, kiedy wyjeżdżamy gdzieś z bardzo bliską osobą, chcemy odciąć się od wszystkich spraw, aby spędzić z nią jak najwięcej czasu, poświęcić jej każdą chwilę. Pośpiech i masę różnorodnych spraw zostawiłam na zewnątrz, za drzwiami, również w modlitwie. Najważniejsze było spotkanie z Ojcem.

Nie sądziłam, że to będzie tak intensywny czas. Harmonogram dnia napięty od rana do nocy, gdzie istotę stanowiły medytacje, dokładne przemyślenia, czytanie duchowej lektury. I przede wszystkim – Eucharystia, na którą czekałam z ogromną radością. A wszystko to w spokoju, który w pewnym momencie zaczął mnie martwić. Dziwiło mnie, że nie doświadczam jakiś wielkich duchowych uniesień, przeżyć, które byłyby przełomowe. Pragnęłam jakiegoś konkretnego znaku Bożej obecności, zapominając, że przejawiają się one także w nie do końca oczywisty sposób. Spokój był tego dowodem.

To był naprawdę radosny czas. Czułam ogromna wdzięczność za to wszystko, czym zostałam obdarowana w swoim życiu, również za te trudne, bolesne momenty. Dopiero teraz mogłam w pełni dostrzec jak wielką Miłością i troską darzy mnie Pan, równocześnie prosząc o to samo z mojej strony. I o to, bym potrafiła w tym trwać i stale pielęgnować, co tyczy się także modlitwy.

Ta cisza pomogła jeszcze mocniej zauważyć, jak bardzo potrzebujemy do życia drugiego człowieka. Potrzeba kontaktu wyrażona chociażby w uśmiechu, pomocy w codziennej sytuacji i zwyczajnego bycia DLA kogoś. Niesamowita jest więź jaka zrodziła się między osobami z Xaver, z którymi przeżyłam ten czas. Dosłownie – rozumiemy się bez słów 😉

Powrót z rekolekcji nie jest łatwy. I nie chodzi wcale o to, że wszystko krzyczy, że to wyjście z ciszy jest zbyt okrutne w stosunku do głośnej rzeczywistości. W ciągu tych kilku dni spędzonych na Górce czułam się niesamowicie bezpiecznie, byłam pod kloszem Pana Boga, gdzie wszystko było tak dobre. Teraz uczę się jak przenieść to, czego doświadczyłam na grunt codzienności, trwać w tym i stale pogłębiać.

Fundament to dopiero początek, rozeznanie, czy taka forma rekolekcji mi odpowiada. Nigdy nie sądziłam, że tak bardzo można tęsknić za ciszą.

 

Julia Hartwig

“Niedorośli”

Bóg tworzył w ciszy.
Żeby słychać było szum traw i wizg jaskółki.
Tworzył w ciszy i skupieniu.
Żeby móc podziwiać zręczność z jaką skowronek wlatuje w gąszcz
Kukurydzianych łodyg nie potrącając o nie skrzydłem.
Tworzył w ciszy, w skupieniu, w samotności.
A my napełniliśmy świat zgiełkiem pustych słów, hukiem i wrzawą.
Marta M.